Kobieta Retro

1 godzina 50 minut i 46 sekund szczęścia, czyli Warszawa da się lubić!

Mam tak samo jak Ty… Miasto moje, a w nim… drugą połówkę na drugą nóżkę. Z różowym przytupem i niespodziewaną, naprawdę dobrą życiówką.

fot. Paweł Paciorek

Jako debiutantka na dystansie połowicznie królewskim bałam się tych dwóch weekendów z rzędu. Gdynia – ukochane miasto, do którego sentyment mam od lat i Warszawa – „moje” miasto, w którym znalazłam się i odnalazłam w dorosłym życiu. Połączył je dla mnie mój #Projekt Korona, czyli chęć zdobycia Korony Polskich Półmaratonów A.D. 2018. Moje wrażenia ze startu w Gdyni opisywałam ostatnio, dziś kilka zdań o Warszawie. Będzie i straszno, i śmieszno.

Straszno, bo po pierwsze tuż przed wyjazdem do Gdyni przeziębiłam się przy jak się okazało nie do końca wiosennym myciu okien i trzeba było na szybko ratować zdrowie i dalszą odporność. Po drugie, strach o to, czy dla mnie, jakby nie patrzeć debiutantki na dłuższych dystansach, zawody 2x po 21 kilometrów nie będą zbyt dużym obciążeniem. A po trzecie, prognozy pogody były tak niejednoznaczne, że już całkiem nie wiedziałam, jak się ubrać. I ubrałam się, oczywiście, za ciepło.

 

Zdjęcie z wyjątkowo pustej warszawskiej Starówki, tuż przed Mszą w kościele św. Anny (Niedziela Palmowa!). Autorem jest jeden z... policjantów patrolujących te rewiry, z którym rozmawiałam o półmaratonie, a jakże.
PS. Jeszcze w kurtce i bluzie ;-)

Ale to już opowieść z kategorii tych śmiesznych. Tak się bowiem składa, że mało zwojów nie przegrzałam w tym moim pięknym kolorowym stroju. Durna ja! Nie idźcie tą drogą, nie zakładajcie ocieplanej bluzy, gdy takie słońce i w prognozach od 6 do 10 stopni. Numer startowy przezornie przepięłam na bluzę treningową jeszcze czekając na start, kłując się felernymi agrafkami w trzęsące się bynajmniej nie z zimna palce. Pasa na numer stwierdziłam nie używać wiedząc, że i tak w pasie za chwilę będę miała przepaskę/saszetkę i niewiele później zawiązane rękawy wierzchniej bluzy. Ała. Pierwsza wpadka zaliczona. Druga wpadka: nie dotarłam do swojej strefy czasowej. Na usprawiedliwienie dodam, że zapisując się na półmaraton jakoś w listopadzie do głowy mi nie przyszło, że będę ten dystans pokonywać zdecydowanie bliżej 2 godzin niż 2 godzin i kwadransa. Ale, jak widać, tak miało być, bo przez cały bieg trzymałam się dwóch „zająców”: tego prawilnego, pacemakera z tabliczką „1:50” i biegacza ze ścieżki charytatywnej, który (do dziś nie wiem, jak miał na imię) pokonywał dystans w stroju kobiety: w różowej peruce z długimi włosami i spódniczce z pasków folii. Kimkolwiek jesteś, dziękuję! :-) za wspólne kilka(naście) kilometrów, wspólny taniec przed kamerą (robiłam za tło) i poniższe zdjęcie na moście Świętokrzyskim.

Więcej wpadek nie pamiętam, za wszystkie przepraszam, obiecuję poprawę (czasu) i proszę kciuki na kolejnej imprezie koronnej! Jeśli zaś chodzi jeszcze o samą połówkę warszawską, to muszę przyznać, że ten znakomity jak dla mnie wynik nie wziął się znikąd. Z pełną odpowiedzialnością stwierdzam, że go sobie uczciwie wypracowałam. Sumiennymi treningami biegowymi, trochę mniej sumiennymi ćwiczeniami siły (doba wciąż nie chce się rozciągnąć, choć proszę! grożę!), dobrą dietą i jeszcze lepszym nastawieniem. Cały czas powtarzam, nie tylko sobie zresztą: ja nic nie muszę. Niczego sobie ani innym nie udowadniam. Owszem, apetyt wzrasta w miarę jedzenia, ale #Projekt Korona to wciąż dla mnie przygoda, a nie wyzwanie, któremu trzeba sprostać choćby nie wiem co. Staram się w nim łączyć trzy sprawy: podróżowanie po Polsce, bieganie i czas dla siebie. Aaaa, zapomniałabym. I strojenie się w kolorowe ciuszki. Mój mąż z coraz większym pobłażaniem patrzy na rosnącą kupkę ubrań biegowych i chyba wie, że od dopychania kolanem ratuje mnie tylko to, że… w garderobie nie mamy drzwiczek ;-)

Zatem tak, drodzy moi. Wciągnęły mnie te półmaratony i czuję, że na pięciu w tym roku może się nie skończyć. Więcej na razie nie powiem, bo dopiero marzec mamy, ale do odważnych świat należy. Dopóki na mojej pasji nie cierpi rodzina, najbliższe otoczenie ani moje zdrowie, dopóty jej nie porzucę. A rękawicę po raz kolejny podnoszę w Białymstoku, w połowie maja. Wcześniej, w kwietniu, czeka na nas jeszcze jedna biegowa przyjemność, ale o tym napiszę za jakiś czas.

Z Ewą poznałam się na nieporęckim Biegu Mam w 2017 roku. To było nasze drugie spotkanie na żywo. Zabiegane mamy-debiutantki, w dodatku prawie sąsiadki, trzymają się razem! :-)
PS. Medal podoba mi się średnio, ale koszulka bardzo! A Wy co myślicie?

I na koniec chcę jeszcze sprzedać kilka patentów, które być może przydadzą się innym początkującym długodystansowcom. Wszystkie pochodzą od koleżanek i kolegów z grup biegowych, artykułów tematycznych i z rozmów z bardziej ode mnie doświadczonymi. Bierzcie i korzystajcie!

  1. Budowanie odporności i szybkie naturalne wyjście z przeziębienia.
    Do płukania gardła – Glimbax (pomógł w dwa dni) i do tego końska dawka witaminy D3 (brałam 6000-8000 jednostek przez 3 dni, na co dzień biorę 2000 jedn.) i witaminy C (tu nieco mniej, ze względu na karmienie). Na czczo obowiązkowo woda miodowa z cytryną, dużo owoców i warzyw, zwłaszcza tych bogatych w witaminę C (papryka, natka pietruszki), herbata z domowym sokiem malinowym oraz imbirem.
  2. Regeneracja i budowanie siły na kolejny start
    Dokładne rozciąganie i rolowanie. Moczenie nóg bądź kąpiel w roztworze soli bocheńskiej, czyli jodowo-bromowej. Odpoczynek i (ekhm) sen.
    Dodatkowo, co drugi dzień, do picia sok wyciskany z buraka, pomarańczy, jabłek i marchewek z dodatkiem selera naciowego. Do owsianki z jogurtem naturalnym na śniadanie – gruszki.
  3. Przed startem: w dzień poprzedzający zawody nieco więcej jedzenia, zwłaszcza produktów z grupy węglowodanów i białka (pasta party nie wzięło się znikąd). Sporo pić, najlepiej wody, izotonik też nie zaszkodzi. W dniu biegu pożywne śniadanie, które da nam siłę, np. białe pieczywo z dżemem lub miodem, ewent. owsianka z jogurtem i owocami, potem kawa (taka, jaką lubicie) i ewent. tuż przed startem, jeśli ktoś tego potrzebuje, średni banan i kilka łyków wody. Ja dodatkowo przyjęłam pastylkę z kofeiną, która dodała mi siły na drugą połowę trasy.
  4. W trakcie biegu, zgodnie z radami doświadczonych koleżanek, miałam ze sobą kilka żelków (typu Haribo, z działu „słodycze”, a nie z działu „sport i odżywki”) i mały batonik – nie używałam. Skorzystałam natomiast ze wszystkich punktów odżywczych na trasie: popijałam wodę, izotonik, złapałam po kawałku banana (nie brałam cukru ani pastylek). Wystarczyło. Po biegu wypiłam podaną mi przez męża odżywkę białkową i wychyliłam półlitrową butelkę wody, w domu zaś – izotonika (nareszcie polubiłam ich smak!) i rzuciłam się na domową chińszczyznę oraz (niedomową) bezę cytrynową. Sporo piłam do wieczora.
  5. Uśmiechnij się! Nie stresuj. W końcu bieganie to Twoja pasja, prawda? Do zobaczenia na kolejnych zawodach i na biegowych ścieżkach!

 

Zasłużony odpoczynek i przyjemność - zabieg u kosmetyczki!