Kobieta Retro

Białystok. Wschód możliwości? Wonder Woman wkracza do akcji

Białystok. Miasto styku kultur (żydowskiej, prawosławnej, tatarskiej i polsko-katolickiej), Żołnierzy Wyklętych, pierwszego dziecka poczętego metodą in vitro, disco polo i esperanto Ludwika Zamenhofa. Według reportażysty i pisarza Marcina Kąckiego, „biała siła, czarna pamięć”. Dla mnie nieodkryta perła Podlasia i gospodarz fantastycznej imprezy biegowej, która przyniosła mi kolejną życiówkę w drodze po koronę.

Tytułem wstępu. Z uwagi na rodzinno-towarzyskie zobowiązania, do Białegostoku dotarliśmy dopiero w niedzielę rano. I trochę tego żałuję, bo nie dane mi było tym razem nacieszyć się urokiem tego miasta. Mogę nawet powiedzieć, że to było takie turbo-zwiedzanie. Turbo, bo ze stolicy Podlasia wyjechałam dumna lecz mało blada z wygrawerowanym na medalu czasem: 1:47:41. W co nadal nie mogę uwierzyć.

fot. Paweł Paciorek

Ale po kolei. Już w relacji ze Szczawnicy pisałam, że najstarsi górale i szczęśliwi biegacze ultra wiedzą, iż bieganie po górach, a przynajmniej ćwiczenie podbiegów i zbiegów zwłaszcza, daje niesamowitą siłę nogom. Nogom, których pamięć mięśniowa jest tak duża, iż pary wystarcza na nawet 6 tygodni. I ja jestem tego dobrym przykładem. W chwilach zwątpienia na białostockiej trasie, a kilka takich było, myślałam: „Ewka, dasz radę. Szczawnica cię niesie! Dałaś radę Szafranówce, a wymiękasz na prawie płaskim asfalcie?! Ej, no!”. I wiecie, że te autogadki motywacyjne naprawdę pomagały?

Bieganie zbliża ludzi! Na chwilę przed startem z koleżankami - od lewej: Bożena i Ola (razem należymy do Nessi Team), ja, czyli Kobieta Retro i Ewa z Markowych Biegaczy. Fot. Paweł Paciorek

Pomagał też doping. Uczciwie przyznam, że z tych trzech półmaratonów koronnych, które biegłam, to w Białymstoku czułam się najlepiej. Na twarzach kibiców czułam autentyczną sympatię i mimo że tłumów na trasie nie było (w porównaniu z np. Warszawą), to mnie się wśród tych uśmiechniętych ludzi naprawdę dobrze biegło. Nie wiem, na ile to zasługa ich samych, a na ile mojego stroju, który pewnie też prowokował do uśmiechu (o moim wonderwomanowym alter go napiszę za chwilę), ale pomyślałam, że pewnie właśnie to mieli na uwadze biegacze, którzy peany na cześć tej imprezy pisali na długo przede mną. Zasłużenie.

Co warto podkreślić, półmaraton w Białymstoku przyciągnął prawdziwych wyjadaczy, możecie zresztą sami się o tym przekonać spoglądając na statystyki i listę wyników. Ja z moim naprawdę dobrym, szczególnie jak na mój mały staż i zwłaszcza z racji pogody wynikiem uplasowałam się w kategorii wiekowej na 26. pozycji, a wśród kobiet ogólnie byłam 51. Miejsce „open” 702. na  ponad 3 000 biegaczy także budzi moją dumę, ale fakt faktem, że przede mną było 700 naprawdę mocnych zawodników. Takich, którym warunki panujące tego dnia na trasie nie przeszkadzały w przykręceniu śruby i chwilami zapewne niezłym sprincie. Z podziwem patrzyłam na zawrotce na leśnym odcinku, jak znajomy z klubu Markowi Biegacze, sąsiad Marek gonił tzw. zająca biegnącego z chorągiewką 1:35. To nie na moje nogi. Rozumiem przekraczanie swoich granic, ale gdzieś tego rozsądku po drodze też nie chcę zgubić.

Presja na wynik nie może też przesłonić ludzkiego podejścia podczas zawodów. Gdy widziałam ludzi zwalniających, przechodzących do marszu czy nawet pochylających się, by złapać oddech, nie mogłam przebiec obok nich obojętnie. Na szczęście w moim otoczeniu nikt nie potrzebował w danym momencie pomocy, ale przy takim upale mogło wydarzyć się wszystko, a jak się później okazało, całkiem sporo osób nie ukończyło biegu.

Wracając do samej imprezy. Podobało mi się właściwie wszystko. Organizacja biura zawodów i sposób informowania o wszystkich istotnych szczegółach, przebieg trasy, dostępność punktów nawadniania (wewnętrznego i zewnętrznego – prysznice z węża i kurtyny naprawdę działały cuda!), łącznie z kurierami rowerowymi pod koniec dystansu, uśmiechnięci kibice i roztańczone cheerleaderki, a na koniec prawdziwa wisienka na torcie, czyli balie z lodem dla ukojenia zmasakrowanych szczególnie temperaturą stóp (a właściwie całych nóg). Osobiście nie skorzystałam, ale wiem, że była też świetna strefa masażu i lokalny poczęstunek. Pierwszy raz natomiast zafundowałam sobie grawer na medalu i powiem szczerze, że choćby z tej racji bieg w Białymstoku na dłużej pozostanie w mojej pamięci.

Na koniec jeszcze słówko o moim przebraniu. Wonder Woman, czyli moje nie tylko biegowe alter ego nie było wyborem przypadkowym. Co prawda fanką komiksów nie byłam nigdy, ale postać ta istnieje w popkulturze na tyle długo, że nie sposób choć raz o niej nie usłyszeć. Tym, którzy mają z różnych powodów zaległości w temacie podpowiem, że jest to jedna z grona superbohaterek, stawiana obok Supermana (miała być wyłącznie jego żeńskim odpowiednikiem – ale wyrwała się i z tego schematu) i Batmana. Kobieta! Powiem więcej: piękna, mądra i silna, zarówno fizycznie, jak i wewnętrznie. Jej twórcą był psycholog William Moulton Marston, który w toku swoich badań stwierdził, że kobiety mogą być (i są) równie dobre w tym, co robią, jak mężczyźni. Jak na owe czasy (lata 40. XX wieku), dość odważna teoria. Nie można się więc dziwić, że przez wiele lat zarówno społeczeństwo, jak i świat kultury miał z tą postacią problem – tak, jak i dziś wielu mężczyzn ma problem z odważnymi i świadomymi własnej wartości kobietami.

I właśnie dlatego w Białymstoku zostałam Wonder Woman! Bo wierzę w to, że my, kobiety, mamy moc. Moc życia, dar uzdrawiania i wielką wrażliwość. Nie jesteśmy stworzone tylko po to, by naszym ciałem, jak dobrze zaprogramowanym urządzeniem, spełniać zachcianki mężczyzn i grać role, jakie oni nam wyznaczają – rodzinnie, społecznie, zawodowo. Kobieta to osoba. Myśląca, czująca. Nie jesteśmy wyłącznie ozdobą tego świata czy kelnerkami na bankiecie życia (piękny, choć smutny w gruncie rzeczy cytat z wypowiedzi dziennikarki Odety Moro) naszych męskich towarzyszy. Kiedy trzeba, potrafimy chwycić za broń: ostre słowo w obronie swojej godności albo ostre narzędzie, gdy w opałach jest nasze potomstwo.

Ja, podobnie jak filmowa Diana, jestem dość naiwna życiowo: choć już nie powinno, wciąż dziwi mnie tak bardzo obecne na świecie zło. Ale może dlatego mam w sobie wolę walki, choćby o nowe osiągnięcia w bieganiu i o to, by z roku na rok stawać się lepszym człowiekiem.

To dlatego wychodzę na treningi 2-3 razy w tygodniu, klepiąc na coraz dłuższym dystansie asfalt, zdobywając lokalne przewyższenia czy kręcąc kółka po lesie. Bieganie wciąż mnie bawi, ale też bardzo rozwija: życiowo, społecznie. Zwiedzam Polskę, poznaję nowe miejsca i nowych ludzi, czytam, szperam, zadaję pytania – a czasem wyłącznie wsłuchuję się w siebie.

Czy to wystarczy do nowych rekordów? Nie wiem. I nie wiem, czy ich w ogóle potrzebuję. Owszem, ciekawie jest ścigać się z samą sobą, a czasem i z innymi, ale to nie jest dla mnie najważniejsze. Ta korona, która z każdym kolejnym startem staje się coraz bardziej realna, jest prawdziwym ukoronowaniem trudnego, ale mam nadzieję pięknego nie tylko biegowo roku.

Ja już wiem, że będę królową – królową życia, bo mam w tym życiu cel, mam rodzinę, która mi towarzyszy i z którą mogę dzielić radość płynącą z pasji. Czerwony dywan, taki jak ten w Białymstoku, jest tylko miłym dodatkiem.

Zatem i Ty, droga czytelniczko, sięgnij po swoją koronę, jaka by ona nie była. Nawet jeśli miałaby Ci czasem spadać, gdy będziesz zasuwać, pamiętaj, że prawdziwa władza to rząd dusz. A ten najlepiej zaprowadza się mimo wszystko pokojowo i z miłością.

Z biegowym pozdrowieniem,

Ewa Wonder Woman Paciorek