Kobieta Retro

Biegiem przez życie

Bardzo chciałam opowiedzieć Wam o początkach mojej przygody z bieganiem. Jest to ważne dla mnie z kilku względów. Po pierwsze, sport ten sporo zmienił w moim życiu, i to na kilku poziomach. Po drugie – wynikające niejako z pierwszego – namawiam do biegania ludzi, z którymi rozmawiam, a zwłaszcza kobiety będące mamami. Po trzecie, biegam znacznie dłużej niż mogłoby się Wam wydawać i bynajmniej nie dlatego, że stało się to modne. A po czwarte, w miejsce słowa "bieganie" możecie wstawić sobie inny synonim czy przykład pasji, a tekst przynajmniej w 1/4 pozostanie aktualny.

Zatem jak to się zaczęło? Ano, z dnia na dzień, jak wiele innych ważnych rzeczy w moim życiu. Pracowałam wtedy w radiowej Trójce i miałam dużo więcej czasu na to, co chcę, a nie tylko na to, co muszę robić – jak to studentka bez większych zobowiązań. Biegałam więc popołudniami i wieczorami (przed audycją albo po powrocie) po warszawskim Służewiu/Mokotowie: w (naprawdę) powyciąganych dresach albo starych bawełnianych legginsach, które jeszcze chyba szkolny w-f pamiętały. Do dziś pamiętam, jak martwił się o mnie mój ulubiony ochroniarz, pan Grzesiek. Na szczęście nic mi się nie stało, choć aktywność musiałam na kilka lat zawiesić na kołku.

Sporo wody w Wiśle upłynęło, zanim nastąpił mój wielki powrót. A nastąpił, znowu, pod wpływem impulsu: posta na lokalnym forum nieznanej mi dziewczyny, która poszukiwała towarzystwa do biegania po Markach. Igor miał wtedy niecałe pół roku, a ja miałam dosyć domowo-pieluchowej rutyny. Zatem wyszłam, a raczej wybiegłam z domu i… wsiąkłam. Na szczęście tylko w bieganie.

Odrobina rozsądku kazała mi co prawda poczekać z zakupem wypasionych strojów sportowych do czasu aż upewnię się, że podoba mi się ta dyscyplina i że „z tej mąki będzie chleb” – bo najzwyczajniej w świecie zaczęło mi to wychodzić: progres zauważałam niemal z treningu na trening. Potem przyszły pierwsze starty w masowych biegach, adrenalina i endorfiny biegowe, nowi znajomi z kręgu biegowych, pozytywnie zakręconych świrów (pozdrawiam m.in. Markowych Biegaczy!), nocne zapisy do Warszawskiej Triady Biegowej, instalacja Endomondo, nowe ciuchy (na nową porę roku) i takie tam.

fot. Paweł Paciorek

Bieganie traktowałam jako pasję, sport i jeśli nie terapię, to przynajmniej odskocznię od codzienności. Pomagało na niemal wszystko. Te 40 minut, na które wychodziłam zostawiając męża z dzieciakami to była dla mnie świętość. Biegałam w ciszy (ciągle zapominając zabierać słuchawki), słuchając własnych myśli i odgłosów natury, czasem „klepiąc zdrowaśki”, a innym razem starając się absolutnie o niczym nie myśleć poza samym panowaniem nad techniką i tempem biegu czy oddechem.

Po kilku miesiącach biegania, patrząc z nomen omen dystansu na swoje doświadczenie zabieganej mamy wymyśliłam (nie)szczęsny Bieg Mam. Teraz akurat nie chcę do niego wracać, bo co miałam napisać, napisałam w tej sprawie, niemniej na pół roku zawładnął on moim umysłem i czasem.
Naiwna Ewa (i nie ja jedna) postanowiła bowiem nawracać na bieganie kobiety-mamy.
Dlaczego? Bo, jak to napisałam w sloganie, mamy to kobiety zabiegane z natury, które w nawale codziennych obowiązków powinny znaleźć czas dla siebie. Rzecz dla jednych oczywista, a dla drugich niewyobrażalna. „Jak to, mam zostawić dziecko z mężem i na jakiś trening iść? Tak po prostu? A kto obiad ugotuje, zakupy zrobi, lekcji dopilnuje?” – to głosy z jednej strony barykady. „Dziecko ma też ojca. A Ty nie jesteś cyborgiem i masz prawo do odrobiny przyjemności”. „Nie wszystkie kobiety w wolnych chwilach idą robić paznokcie, są też takie, które czytają książki i biegają” – to druga strona, do której i ja się zaliczam. Nie zamierzam tu rozsądzać, kto ma rację, bo nie o tym jest ten tekst.

Wiem jednak, że bieganie wiele wniosło do mojego życia. Mam czas dla siebie, i to czas spędzony aktywnie, w sposób służący mojemu zdrowiu i dobremu samopoczuciu. Daję przykład dzieciom, że warto czasem wyściubić nos z domu, sprzed telewizora z bajkami i znad talerza z kluchami (jesteśmy wybitnie makaronową rodziną!) i pójść pobiegać, spotkać się z innymi ludźmi, którym „chce się chcieć”. Zawieram nowe znajomości, z których część jest podtrzymywana na gruncie prywatnym, a nawet zawodowym. Mam pasję, która nie tylko sprawia mi przyjemność, ale także motywuje do działania: dbam o kondycję, dbam o kontakty międzyludzkie, rozwijam się, ale także kminię, jak tu zarobić na kolejne starty w zawodach czy nowe legginsy. Właśnie, jak to mawiają, last but now least, mam okazję, by się wystroić (stroje do biegania i fitnessu to dziś prawdziwa bajka, spójrzcie choćby na polskie firmy: Nessi, Pretty Fitty czy coraz bardziej kolorowe alejki w Decathlonie). Maluję usta różową szminką i ruszam!

Powoli kończę wiedząc, że kogo do biegania miałam przekonać, to przekonałam już dawno.

Na koniec jednak przyznam się Wam do czegoś, już oficjalnie. Choć sama nie wiem w zasadzie, jak to się stało, podjęłam decyzję, że chcę powalczyć o Koronę Półmaratonów Polskich. Tak, ja, która nie przebiegła dotąd dystansu dłuższego niż 12 kilometrów (co prawda miałam biec jako support Damiana Michałowskiego w projekcie radiowo-biegowym we wrześniu 2016, ale plany się zmieniły i nie pobiegłam). Ja, która powtarzałam przez długi czas, że mnie wystarczą te „5” i „dyszki”, bo nie wszyscy są stworzeni do dłuższych wybiegań.
A potem: kilka dobrych startów w 2017 roku, impuls, moc dobrej energii i motywacji od dziewczyn z grupy Biegaczek (ściskam Was i energię przekazuję dalej!), stwierdzenie, że jak spadać, to z wysokiego konia i… do dzieła.

Zapisałam się już na kilka biegów i w planach mam dopisanie do tej listy kolejnych. Jak już wszystko będzie pewne, oczywiście nie zatrzymam tej informacji dla siebie. Ba! Będę Was prosić o wsparcie i kibicowanie! Dla najwytrwalszych przewiduję nagrody (tak, to przekupstwo! ale obiecuję, że gra jest warta świeczki). Ja ze swej strony obiecuję sumiennie (na ile zdrowie, moje i mojej rodziny pozwoli) trenować i przygotowywać się, oczywiście z uśmiechem i różową szminką na ustach.

Życzcie mi szerokości i długości! Stay tuned!