Kobieta Retro

Mała, ale wariatka, czyli Rycerzowa i Pinokio na górskim uroczysku

Kiedy tuż przed startem koleżanka z biegowych mareckich ścieżek życzyła mi, by nogi same nie niosły, nie sądziłam, że moje dolne kończyny potraktują to niemal dosłownie. Gdy mąż po 8. kilometrze napisał w troską: jeszcze tylko 2 kilometry wędrówki, a potem uważaj na zbiegach, miałam ochotę 5 km dalej odpisać mu: uważaj na czym?! Tu do zbiegów jeszcze bardzo daleko! A kiedy po wbiegnięciu na metę w Ujsołach mimo zmęczenia nie dowierzałam, że to „już” wiedziałam, że to, czego doświadczam, jest zdecydowanie więcej niż pasją. Z naturą nie wygram, ciągnie mnie na górskie szlaki, i to biegiem!

Tytułem wstępu. Czytałam regulamin biegu, i to w sumie nieraz. Czytałam nawet informacje praktyczne i profil trasy. Ale tego się jednak nie spodziewałam. Organizatorom miałam ochotę wykrzyknąć prosto w twarz: Pinokio! Miało być połowę pod górę, potem płasko, jakiś uskok, a potem już z górki.

A figa z makiem. Dopiero na szlaku życzliwy kolega Marcin poradził, by oszczędzać siły na drugą połowę, która bynajmniej łatwa nie będzie. I racje miał aż za bardzo. Zbiegów na około 20-kilometrowej trasie było może z 6-7 km. A jeśli były, to takie po bandzie – może nie tylko z racji nachylenia terenu, ale także z powodu błota, czyli warunków pogodowych.

Wbiegnięcie na metę. Fot. Paweł Paciorek

Pogody przy Chudym Wawrzyńcu i jego „młodszej siostrze” Małej Rycerzowej pominąć się nie da. Tu podobno zawsze jest co najmniej ciekawie. A czasem nawet bywa chłodno, mokro, błotniście, ślisko i deszczowo. Zupełnie jak wczoraj. I co najciekawsze: mnie się w takich warunkach biegło niemal rewelacyjnie!

Niemal, bo zaliczyłam glebę, a właściwie podparcie kolanem i rękami (odruch!) prawie na samym końcu zbiegów, a nogi niosły mnie zgodnie z życzeniem koleżanki Agaty rzeczywiście same. Czyli bez butów. Pierwszy, lewy but został w błocie dokładnie przy wybiciu skończonych 5 kilometrów. Drugi, prawy, nie chciał pozostać mu dłużny i dał dyla z mojej nogi tuż za matą odmierzającą przebycie 13 kilometrów. Oczywiście, oba buty jednak dobiegły ze mną do końca, ale w jakim stanie ubłocenia podkolanówek i samego obuwia, chyba nie chcecie wiedzieć. Na polowaniu na oba buty i doprowadzaniu się do stanu dalszej gotowości uciekło mi kilka minut, podobnie jak na fotach tych uroczych okoliczności przyrody, w których przyszło mi biegać i wspinać się. Ale kto by tego żałował?

Bo choć dookoła było widać bardzo niewiele, to tyle, ile zobaczyłam, wprawiło mnie w zachwyt. Mgła, rosa, przepiękny las, wysokie trawy na polanach – ta trasa była rewelacyjna! Mimo przygód z butami, mimo chłodu, opadającego w swej wilgoci powietrza i deszczu na 1/3 trasy, cieszył  mnie niemal każdy kilometr. Czułam się jak… na uroczysku, tuż przed sabatem czarownic. Był w tym niesamowity klimat, podbijany przez to, że część dystansu pokonywałam sama, pomiędzy dwoma falami zawodników ode mnie szybszych i wolniejszych. Wypatrywałam więc taśm organizatora, zakrętów z nowymi przyrodniczymi atrakcjami i… naprawdę bardzo wyczekiwanych zbiegów.

I właśnie tak dotrwałam do końca dystansu. Kiedy wbiegałam na polanę w Ujsołach byłam mocno zdziwiona, że to koniec imprezy. Dopiero witający na mecie mąż i organizator z mikrofonem upewnili mnie, że właśnie skończyłam bieg Mała Rycerzowa. Niestety, poczęstunek w miasteczku biegowym dość mocno rozczarował, szczególnie w kontekście ceny pakietu startowego i z uwagi na tak trudne warunki na trasie. I to trochę pozostawiło niesmak.

Tym bardziej, że jedyną pamiątką z tego biegu, oprócz wspomnień, rzecz jasna, będzie mała silikonowa opaska z nazwą imprezy – zamiast medalu. Organizatorzy postanowili bowiem, zamiast wydawać pieniądze na medale, wspomóc lokalne organizacje krzewiące sport wśród młodzieży. I to mi się nawet spodobało. A po złapaniu drugiego oddechu i zjedzeniu maleńkiej porcji czegokolwiek ciepłego wskoczyłam w suche ubrania i w objęcia stęsknionych maluchów oraz męża, który – sam już po debiucie na „20” w Górach Stołowych – z wypiekami na twarzy wysłuchiwał mojej rozemocjonowanej opowieści z trasy.

Rozmowa tuż za linią mety z drugim kolegą z trasy, Pawłem z Krakowa, który był tak miły, że chciał mi pomóc szukać lewego buta ;-)

Czy wrócimy na Małą Rycerzową? Niestety raczej nie, mimo niewątpliwego uroku terenu. Planujemy jednak otworzyć się na nowe doświadczenia w górskich i trailowych biegach, więc zapraszamy do śledzenia poczynań naszego Coraliki Run Clubu – kolejna relacja będzie szybciej niż Wam się wydaje ;-).

PS. Zegarek pokazał mi, że trasę biegu Mała Rycerzowa przebiegłam w 2h41 minut. Wg wyników organizatora było to 2h53min. Rozbieżność zapewne wynika ze zgubienia sygnału gps przez mój sprzęt, choć to nie jest aż tak istotne. Chciałam zmieścić się w 3h i zrobiłam to ze sporym zapasem. Byłam 13. kobietą na mecie i 56. zawodniczką kategorii „open”. Jest moc! :)

 

A takie mogłyby być widoki, gdyby pogoda była inna. To pejzaż z Koniakowa, w którym mieszkaliśmy przez te kilka dni. To i tak nie umywa się do zdjęć mojego męża, który uchwycił podobny skrawek w różnych porach dnia, od wczesnego poranka, przez popołudnie aż do zachodu słońca.