Kobieta Retro

Nie gadżet biegaczkę czyni, ale…

Jaka jest różnica między butami startowymi a treningowymi? Dlaczego warto biegać w odzieży technicznej? Jakiej aplikacji używać, który zegarek wybrać? Czy kolorowe legginsy z wzorem to fajna moda czy obciach? Gdzie trzymać wodę, a gdzie chusteczki i klucze? Opaska czy czapka z daszkiem, saszetka czy opaska na ramię? Jakie słuchawki sprawdzą się podczas treningu? Uwaga, Kobieta Retro zaczyna #MisjęGadżet!

Kiedy rozpoczynałam swoją przygodę z bieganiem, te wiele lat temu (ok. roku 2008-2009), do dyspozycji miałam stare, poprzecierane na szwach i pamiętające jeszcze licealny wuef bawełniane legginsy, bawełnianą bluzkę i adidasy z marketu. Ale było to jeszcze przed rozpoczęciem akcji Biegam Bo Lubię i przed wybuchem wielkiej mody na bieganie. Po prostu wychodziłam z mieszkania (wynajmowałam kawalerkę na warszawskim Służewiu) i biegłam – po chodnikach i osiedlowych ulicach, w okolice Galerii Mokotów i w drugą stronę, do parku Dolinka Służewiecka. Cieszyłam się chwilą i każdym pokonanym kilometrem, który pozostawał w pamięci mojej, a nie aplikacji.

10 lat później zmieniło się niewiele, jeśli chodzi o moje podejście do tego sportu, ale na pewno – jak chyba wielu współczesnych biegaczy i biegaczek – obrosłam w ubrania i sprzęty. Chcę jednak wyraźnie podkreślić: nadal stoję na stanowisku, że do biegania potrzebne jest dobre obuwie, jedna dobra koszulka i wygodne legginsy oraz… chęci. Wszystko inne to dodatki: ładne, poprawiające nasze ego i samopoczucie, a z czasem – być może również wyniki. Warto je mieć, jeśli pozwalają na to finanse, ale bez nich też można biegać, i to z sukcesami. Z drugiej strony, jeśli kolorowe stroje lub biegowe gadżety wpływają na naszą motywację i wygodę, nikt nie każe z nich rezygnować w imię różnie rozumianego sportowego minimalizmu. Zatem, jak zawsze, apeluję o zdrowy rozsądek i szeroko pojętą tolerancję. Wolnoć Tomku w swoim domku, każdemu według potrzeb.

 

U mnie w kwestii strojów do biegania i sprzętów w ostatnich miesiącach zmieniło się całkiem sporo. Zaczęło się od ubrań. W dość nieoczekiwanych okolicznościach poznałam polską markę Nessi i… wsiąkłam. Jedynym hamulcem są ich ceny, ale na szczęście często robią promocje ;-) . Zresztą, nie samym Nessi człowiek żyje, płodozmian dobrze służy każdemu. Potem zdałam sobie sprawę, że potrzebuję nowych butów, bo w moich starych, kochanych adaśkach (kupowane jako pierwsze, uniwersalnie biegowe buty, na wyprzedaży w Go Sporcie), biega mi się coraz gorzej, co w sumie nie dziwi, biorąc pod uwagę kilometraż na stanie. Potem zaczęłam myśleć o zegarku, bo stary model, współdzielony z mężem, przestał wystarczać, a Endomondo (popularny Edek) miał swoją wizję przebiegniętych dystansów i innych wartości. Rozpoczęłam również poszukiwania idealnej saszetki, w której pomieszczę podczas treningu lub zawodów mój mały świat.

Właśnie w tym momencie uświadomiłam sobie, że chyba zostałam biegową gadżeciarą ;-) . Cóż. Grunt to przyznać się samej przed sobą. A potem… bawić się tym. Bawić się tymi kolorowymi ubraniami, testować buty, przymierzać saszetki, a z wyników zapisywanych przez zegarek umieć wyciągnąć wnioski na przyszłość.

I właśnie tym chcę się z Wami podzielić. Jestem dość wybredną użytkowniczką dóbr wszelakich, zadaję miliony pytań, ale też działam pod wpływem impulsu (zakupowego, hehe, w końcu jestem kobietą!) – dlatego tematów nie zabraknie.

#MisjęGadżet uważam za rozpoczętą!