Kobieta Retro

Piękna, mądra, a do tego biegaczka, czyli Królowa Matka debiutuje w Gdyni

Mam go! Jeden róg z mojej przyszłej Korony Polskich Półmaratonów. Wybiegany w ukochanej Gdyni przepiękny medal Onico Gdynia Półmaratonu. I to jak wybiegany! Dwie godziny „złamane”, debiut zaliczony. Królowa Matka nadciąga!

Gdynia – piękne miasto, jedno z moich ulubionych na mapie Polski. Dotychczas kojarzyłam je z wakacyjnych wojaży i z Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych, na którym miałam niebywałą przyjemność zawodowo i nie tylko bywać w ostatnich kilku latach. Dziś do tych atrybutów dodaję jeszcze jeden: gospodarz Onico Gdynia Półmaratonu, imprezy, która w miniony weekend zawładnęła tym wyjątkowym miejscem.

Muszę przyznać, że decyzję o Projekcie Korona, czyli startach w biegach na terenie całej Polski podjęłam nie tylko w kontekście biegowym, ale i turystycznym. Bo jeśli mam jechać setki kilometrów do miejsca, w którym będę biegła nieco ponad dwadzieścia kilometrów, to albo muszę je lubić, albo być go ciekawa. W przypadku Gdyni punkt pierwszy został spełniony już dawno, ba! był jednym z argumentów „za”. Pozostało „tylko” rozpocząć przygotowania.



Nie szły jak z płatka, bo przydarzyły się i choroby dzieciaków, nadmiar obowiązków, przemęczenie w duecie z zimową chandrą, i moje dwie, na szczęście krótkie, niedyspozycje. Tą drugą niechcący spowodowałam sama, bo mi się mycia okien zachciało na kilka dni przed biegiem (nie idźcie tą drogą… nie prowokujcie losu jak ja!). Z pomocą jak zawsze przyszły nieocenione koleżanki z grupy Biegaczki, którym nie tylko z tego powodu zadedykowałam ten pierwszy „koronny” medal.

Udało się! Wylizałam rany i koniec końców bez stresu stanęłam na starcie półmaratonu. Po przysłowiowe złote gacie nie biegłam. Ani by się sprawdzać czy komukolwiek cokolwiek udowadniać. Biegłam, bo chciałam i na szczęście mogłam. Biegłam, bo to moja pasja.

Ruszyliśmy. Na początku dotrzymywałam biegowego kroku mojemu treningowemu koledze z Marek (pozdrawiam, Tomku!), potem stopniowo zwiększając tempo. Z racji na swoją ciepłolubność założyłam na siebie dość… hmm… sporo; mam tu na myśli kilka warstw odzieży i plecak sportowy, który mi część osób odradzała jako zbędny balast. Ja jednak zdecydowałam się wziąć go, głównie po to, by mieć pod ręką własną wodę i przegryzki oraz móc w każdej chwili zdjąć/założyć wiatrówkę. I choć w Warszawie na pewno z nim nie biegnę (a później się zobaczy), to bynajmniej nie żałuję, że tym razem go miałam na plecach: był moim wentylem bezpieczeństwa.

Choćby dlatego, że potrzebowałam gdzieś zmieścić moje "zapasy" energetyczne - wiedziałam, że będę tego potrzebować. Boję się wszelkiego rodzaju żeli, bo mój organizm zazwyczaj źle reaguje na tego typu substancje – do tego stopnia, że bardzo długo nawet izotoników pić nie mogłam (co na szczęście powoli się zmienia). Tu wspomagałam się czekoladą z orzechami i kilkoma zwykłymi żelkami o cytrusowym posmaku. Daktyli niestety nie lubię (chyba że jako składnik, jeden z kilku), batony mnie zamulają. Ciężki egzemplarz ze mnie pod tym względem. Czekolada dała radę, choć też trochę za bardzo zaklejała paszczę i gorzej się oddychało. Cóż, kwestię jedzenia na trasie pozostawiam otwartą, będę czytać i próbować kolejnych sposobów. Do biegu w stolicy uzupełniłam zapas żelków, z czekoladą na razie pasuję. Kto wie, może uda się wypracować bazę do przebiegnięcia całego dystansu bez wspomagania za pomocą sytego śniadania (głównie białe pieczywo, dżem i miód) i trochę bardziej obfitego niż tym razem jedzenia dzień przed startem. Jeśli macie swoje sprawdzone patenty, podzielcie się proszę.

Trasa nie była jakoś nadspodziewanie trudna. Nie odczułam za bardzo ani podbiegów, ani nadmiernego „wygwizdowa”. Trochę nudno było w okolicach torów kolejowych i stoczni, niemniej zostało to powetowane przepięknym finiszem na nadmorskim bulwarze. Dla tych półtora kilometra warto było biec dwadzieścia poprzednich! ;-) Szczególnie w miejscach, gdzie nas, biegaczy, dopingowali mieszkańcy Gdyni, poprzebierani uczniowie z opiekunami i weseli, motywujący nas po imieniu wolontariusze. Mnie ten doping niósł zwłaszcza na ostatnich czterech kilometrach, które, koza uparta, chciałam przebiec dobrze i w miarę moich możliwości szybko, a nie – wyłącznie przebiec. Dałam radę!

Bieg zaliczam do naprawdę udanych. Jako oficjalny debiut na dystansie półmaratońskim zakończyłam go z czasem 1 godziny 59 minut i 4 sekund – będąc dokładnie 3800-tną osobą w klasyfikacji „open”. Obiecuję, że z czasem (nomen omen!) będzie tylko lepiej :-)

A teraz jeszcze słówko o wyjeździe od strony rodzinno-turystycznej. Ku naszemu ogromnemu rozczarowaniu, pogoda (bardzo zimny wiatr!) pokrzyżowała plany i nie udało się z dzieciakami dotrzeć w kilka miejsc, które chcieliśmy odwiedzić. Spaliśmy w hotelu Novotel Marina Gdańsk na granicy Gdańska i Sopotu i w zasadzie można powiedzieć, że jeśli chodzi o atrakcje dla dzieci jedynie basen uratował sprawę ;-)

Dlatego jedno jest pewne: wrócimy do Gdyni, by zapełnić niedosyt tego pięknego miejsca i będących na wyciągnięcie ręki pozostałych trójmiejskich atrakcji. Medal i cała otoczka tutejszego półmaratonu są tego warte, a dodatkowo ja lubię wyzwania: postaram się, by mój kolejny bieg ku morzu trwał krócej, za to zwiedzanie i radość z pobytu – dłużej :-).

PS. Na koniec wrzucam, z sentymentu, kilka zdjęć z naszego rodzinnego pobytu w Gdyni w 2015 roku. Ich autorem jest mój mąż Paweł.

Gdynia - miasto nocą

Gdynia - bulwar

Gdynia - port jachtowy

Gdynia - okolice miasteczka festiwalowego przy Teatrze Muzycznym