Kobieta Retro

Siema i SieBiega, czyli kieleckie debiuty Koralików

Kielce. Miasto Scyzoryków, majonezu kieleckiego, Kadzielni i bardzo sympatycznej imprezy biegowej zwanej SieBiega. To właśnie tu na dystansie półmaratońskim zadebiutował mój mąż. I choć zaraz za metą miał ochotę skrócić mnie o głowę co najmniej siedem razy, to i tak wiem, że mu się podobało. Zupełnie jak mnie!

4. SieBiega Pólmaraton Kielecki przeszedł do historii 27 maja 2018 roku, zatem całkiem niedawno. Dlaczego akurat ten bieg wybrałam na debiut mojego małżonka? Z sentymentu do rodzinnych stron (pochodzę z Małogoszcza, położonego 30 kilometrów od Kielc) i z chęci posiadania wyjątkowo ładnej koszulki. Cóż, kiedy u kobiety wchodzą w grę emocje i ciuchy, bezpieczniej jest nie dyskutować.

A tak na serio, to chciałam, by Paweł poczuł tę samą frajdę z pokonania półmaratońskiego dystansu, co ja. W biegach „koronnych” startuję samodzielnie z bardzo pragmatycznego powodu: ktoś musi zaopiekować się dziećmi. Natomiast w przypadku innych imprez sportowych, musimy – i chcemy! – dogadać się. Nie tylko między sobą, ale także z inną osobą chcącą spędzić kilka godzin z naszymi uroczymi i chwilami upierdliwymi maluchami. Znowu padło na ciocię Ulę, która i tym razem spisała się na medal.

Dla mnie start w kieleckim SieBiega był startem wybitnie treningowym. Dwa tygodnie po występie jako Wonder Woman w Białymstoku, gdzie w przyciasnych jak się okazało butach wybiegałam niesamowitą jak dla mnie na tamte warunki życiówkę i na dwa tygodnie przed podobno jednym z najlepszych w tym kraju – Półmaratonem Słowaka w Grodzisku Wielkopolskim. Tu pobiegłam dla towarzystwa Pawłowi, całkowicie bez spiny.

Założyłam sobie, że z uwagi na niemożliwy upał i liczne podbiegi chcę się wyłącznie zmieścić w 2 godzinach. Udało się bez problemu. Był nawet czas na zdjęcie na trasie z kolegą po fachu, Supermanem, na przystanki w punktach z wodą i na łapanie oddechu oraz zwolnienie, gdy przebiegaliśmy obok któregoś ze znanych mi z dzieciństwa miejsc (katedra kielecka, Pałac Biskupów, Plac Wolności, słynny deptak zwany Sienkiewką). Skłamałabym pisząc, że nie czułam dyskomfortu spowodowanego pogodą, ale przyznam uczciwie, że czułam się naprawdę dobrze przygotowana do tego biegu i wszystko poszło tak, jak trzeba. Złapałam się ze dwa razy na myśli, że może przyspieszyłabym trochę, ale sama siebie ganiłam: a po co? gdzie ci się spieszy? meta dla wszystkich w jednym miejscu. I tak sobie biegłam, z muzyką w jednym uchu, spokojnie, odwzajemniając uśmiechy mijanym ludziom.

Było to bowiem kolejne miejsce, w którym niebagatelną rolą odgrywała atmosfera. Organizacyjnie wszystko dopięte na ostatni guzik. Począwszy od kwestii odbioru pakietu przez funkcjonowanie miasteczka biegowego i obsługę na trasie aż po rewelacyjnych kibiców. Punkty nawadniania, kurtyny wodne, bardzo dobrze widoczni, zachęcający do pokonywania kolejnych kilometrów ludzie ze stowarzenia SieBiega oraz sympatyczny sprawca tego zamieszania, Paweł Jańczyk, z którymi także udało nam się zamienić kilka słów – pierwszy raz ale liczę, że nie ostatni - to byla przyjemność, naprawdę.

Cieszę się bardzo, że mimo ogromnego zmęczenia ze startu w Kielcach zadowolony jest mój mąż – kochanie, ja wiedziałam, że tak będzie! Ja wiedziałam :-)

Po raz kolejny przekonuję się, że warto zawierzyć intuicji. Choć tamten weekend był ogólnie dość ciężki i aż nadto obfitujący w wydarzenia i emocje, to naszą wyprawę w świętokrzyskie będziemy długo wspominać – tak, jak wspomina się wszelkie debiuty.

A do naszych debiutanckich osiągnięć z dumą, choć i z nieśmiałością wynikającą z kilku niedociągnięć, dopisać należy nasz pierwszy wspólny filmik, za którego realizacją w przeważającej części stoi Paweł.

Możecie go obejrzeć tutaj:

https://www.youtube.com/watch?v=jw-kDIVnst8

 

Nawet najdłuższa podróż zaczyna się od pierwszego kroku, jak mawiają, zatem bez zbędnej zwłoki my te kroki stawiamy, niniejszym inaugurując działalność rodzinnej drużyny biegowej Coraliki Run Club.

Do zobaczenia i usłyszenia! Ten rok należy do nas ;-)