Kobieta Retro

Tam twój dom, gdzie serce Twoje. Witajcie w Szczawnicy!

Zielone kartki. To prawie jak zielony listek dla młodych kierowców z małym stażem. Oznaczenie: „uwaga, żółtodziób!” Może i tak, może i to było tylko 6 kilometrów. Na tle 20 km Chyżej Durbaszki, 43 km Wielkiej Prehyby z Mistrzostwami Polski, 64 km Dzikiego Gronia czy 96 (!) km Niepokornego Mnicha to rzeczywiście niewiele. Ale to było moje 6 km szczęścia, trudu, radości i zmęczenia, okraszone ciekawością, czy dam radę i co zobaczę na szczycie. Tak, rację mieli organizatorzy pisząc slogan imprezy: tu naprawdę zaczyna się przygoda!

A przygoda ta miała bardzo niewinny początek. Na jednej z fejsbukowych grup sprzedawałam swoje kolorowe legginsy. Okazało się, że ich nowa właścicielka mieszka w Krościenku nad Dunajcem. Trochę mocniej zabiło mi serce, gdy na moje pytanie o ciekawe biegi w okolicy usłyszałam: „Zapraszam w kwietniu do Szczawnicy”. Pomyślałam: a czemu by nie spróbować? Dalej sprawy potoczyły się szybko: zapytanie o nocleg, krótki telefon z pytaniem do siostry, czy dołącza do nas jako towarzyszka i opiekunka dla dzieciaków oraz decyzja: będziemy biegać w górach!

Z najważniejszych spraw pozostał wybór trasy biegu. Dla debiutantów, oczywiście, najkrótsza. Hardy Rolling, czyli bieg anglosaski na dystansie ok. 5,7 km z przewyższeniem ok. 350 m. Wtedy mówiło mi to niewiele. Ale czułam pismo nosem, że będzie ciekawie i nie pomyliłam się. Dziś już wiem aż za dobrze, że bieg anglosaski oznacza trasę sinusoidalną, czyli z podbiegami i zbiegami. A przewyższenie to po prostu regularna wspinaczka, po – bagatela – stoku narciarskim.

Bieg Hardy Rolling ukończyło 151 zawodników. Na jego metę wbiegłam z czasem 43 minut i 23 sekund jako 44. uczestnik, a wśród kobiet – 17 (byłam 8. w swojej kategorii wiekowej). Czyli poszło mi naprawdę dobrze! Nie wiem, czy to kwestia wrodzonego talentu i dobrej dyspozycji dnia czy zaawansowania treningów (jestem w trakcie przygotowań do Korony Polskich Półmaratonów), a może niosła mnie moja miłość do Pienin :D i ciekawość tego, co zobaczę na szczycie.

Bo góry kocham od najmłodszych lat, choć jeszcze niedawno do głowy by mi nie przyszło, że będę ich szczyty zdobywać biegiem. Żartuję. Pod górę znajdującej się na trasie Szafranówki (730 m n.p.m.) bynajmniej nie wbiegałam, lecz dysząc jak lokomotywa wczłapywałam się jak niedźwiedzica (co widać na zdjęciach akredytowanych przy imprezie fotografów). Nie ja jedna zresztą. Na szczęście w nagrodę za zdobycie szczytu, tuż przed rozpoczęciem zejścia, pojawił się widok. Taki widok:

fot. Paweł Paciorek - widok na Tatry Wysokie także z trasy biegu Hardy Rolling

 

Zakrzyknęłam za Bohdanem Smoleniem: „Mamusiu, jak tu pięknie!” i rozpoczęłam zejście. Najpierw po linach, przodem, tyłem, bokiem – byle bezpiecznie, byleby tylko noga nie omsknęła się, nie skręciła. Potem odkryłam, że nogi niosą mnie same, że muszę nieźle namęczyć się kontrolując prędkość. Zastanawiałam się po drodze, skąd ta siła i mówiąc szczerze do tej pory nie wiem. Ale podobało mi się! Do tego stopnia, że nawet na nieco podmokłym i błotnistym terenie niewiele zwolniłam. I bynajmniej nie przeszkadzało mi pochlapanie przez mijających mnie szybszych zawodników. Wrócić z biegu górskiego w pełni czystą? Nie godzi się! ;-)

I takim oto sposobem dotarłam na dół, na promenadę wzdłuż Grajcarka. Ostatnie kilkadziesiąt metrów udało mi się jeszcze trochę pocisnąć, tuż przed metą kolejny raz (bo wcześniej robiłyśmy na trasie swoistą przeplatankę) wyprzedzając biegową koleżankę z kijkami. Piątka przybita, można z dumą wystawić pierś do medalu. Należał się jak mało który! Będzie jednym z ulubionych.

 

Co ciekawe, po nawodnieniu i krótkim rozciąganiu, kiedy wypatrywałam mającego wkrótce finiszować Pawła, przy mecie poznałam moją koleżankę od legginsów, Sylwię. Radość z tego przypadkowego spotkania potęgował fakt, że jak się okazało, część dystansu Sylwia pokonała w towarzystwie mojego męża.

 

Taki to mały ten biegowy świat, kochani. Albo inaczej: niektóre wydarzenia i niektórzy ludzie w naszym życiu bynajmniej nie są przypadkowi. Jestem pewna, że Szczawnica była mi pisana, tylko jeszcze o tym nie wiedziałam. Dzień po pierwszym od czasu biegu treningu, kiedy czuję, że mięśnie moich ud powoli wracają do siebie (dzięki Hardy Rolling wiem, że je mam ;-) ) myślę, że ta cała Korona Półmaratonów to tylko preludium na mojej biegowej ścieżce.

 

Dzięki Biegom w Szczawnicy miałam również okazję poznać osobiście naszą trzykrotną Mistrzynię Polski w długodystansowych biegach górskich (trasa Wielkiej Prehyby), Edytę Lewandowską, z którą połączyły mnie: kolorowe ubrania Nessi, pewna paczka i wspólny znajomy, który trenuje z Edytą :-)

 

Mój mąż wczoraj powiedział: ja już nie chcę biegać po Warszawie. Hehe, łatwo powiedzieć. (Nie)stety, mieszkamy w centralnej Polsce, więc do gór trochę kilometrów mamy. Ale do Szczawnicy wrócimy, i to – jak Bóg da – za rok, na Chyżą Durbaszkę, czyli 20-kilometrową trasę biorącą początek z Jaworek. I coś czuję, że to nie będzie nasze ostatnie słowo. Bo tu nie tylko zaczyna się przygoda. Tu po prostu zostawiam kawałek swojego serca. Wrócę po nie!

 

PS. O samej Szczawnicy i naszym krótkim pobycie w Pieninach napiszę w oddzielnym poście.