Kobieta Retro

"To już jest koniec, nie ma już nic..." Pocztówka z Wałbrzycha

Mówili, że to półmaraton górski po asfalcie. I niewiele się pomylili. Górek i podbiegów było pod dostatkiem, widoków podobno też nie brakowało. Podobno. Słowo-klucz. Niestety, przez późną godzinę startu i męczący upał podczas XIX Toyota Półmaraton Wałbrzych na żadną wartość dodaną nie miałam już siły i ochoty. Dlatego impreza ta mieści się dla mnie w kategorii 3Z: „zbiec, zakończyć i zapomnieć”. Trochę szkoda.

Wśród biegaczy półmaraton w Wałbrzychu ma dobre opinie, dlatego też od początku brałam go pod uwagę wybierając starty „koronne”. Ale zawiodłam się. Przede wszystkim z uwagi na godzinę startu. Stoję na stanowisku, że letnie imprezy na tak wymagającym już dystansie, jakim jest półmaraton, powinny rozpoczynać się najpóźniej o godzinie 10:00. Liderem był tu półmaraton w Grodzisku Wlkp., którego organizatorzy w trosce o zdrowie, kondycję i wyniki biegaczy wystartowali zawody o 9:00. I być może dzięki temu uniknęli nadmiernych skarg na pogodę i warunki, na które, powiedzmy sobie szczerze, nie mamy wpływu, lecz możemy się do nich odpowiednio przygotować. I choć dobrze wiecie, że ten sam Grodzisk osobiście trochę odchorowałam, to uczciwie przyznaję, że taka postawa bardzo mi się spodobała.

Czego niestety nie mogę powiedzieć o Wałbrzychu. Tu organizatorzy wręcz chwalili się, że będzie gorąco i ciężko, a zamiast przesunąć start wcześniej, wywindowali go w kierunku południa. Ile osób z tego powodu nie ukończyło biegu i musiało zejść z trasy lub zostało z niej zniesionych? Podejrzewam, patrząc na statystyki i przypominając sobie liczbę osób leżących na poboczu, do których już jechały karetki na sygnale – że naprawdę dużo. Czy jest to powód do dumy? Nie sądzę.

Zdj ęcie tuż sprzed startu, z moją dobrą biegową duszą, koleżanką z Legia Run Club i nie tylko - Olą

To pierwszy powód mojego średniego zadowolenia z udziału w tym biegu. Drugim powodem była organizacja wręczania nagród i loterii z marką Toyota jako głównym sponsorem. Wiem, że dokładnie tak się robi, by ludzi zatrzymać do końca imprezy, ale niestety, dokładnie to samo, poza obietnicą wygranej, ludzi wkurza. Długie przemowy, szczególnie te historyczno-patriotyczno-polityczne, naprawdę są ostatnią rzeczą, na którą czeka umęczony około 2-godzinnym biegiem w pełnym słońcu biegacz i nierzadko jego rodzina. Tym bardziej, że poza samochodem od sponsora tytularnego do wygrania było zaledwie kilka (4 czy 5, serio!) średnio atrakcyjnych (i wartościowych) nagród. Naprawdę, moja irytacja po półtorej godziny sięgnęła zenitu i powiedziałam sama do siebie: „I kto ci tu kazał sterczeć, kobieto? W imię czego?! Nigdy więcej!”.

Tym bardziej, że trzecim kamyczkiem do ogródka mojej średniej opinii o tym wydarzeniu był sam Wałbrzych. Przepraszam, jeśli kogoś urażę tymi słowami, ale Wałbrzych w moich oczach jest po prostu brzydki. W odróżnieniu od miasta za miedzą, w którym mieszkaliśmy przez kilka dni, Szczawna-Zdroju. Tam nie tylko było gdzie pospacerować (piękny park zdrojowy, sporo zieleni w naprawdę przyjemnym mieście, ścieżka edukacyjno-ekologiczna w Parku Szwedzkim) i pójść na przepyszne lody, rzemieślnicze albo tajskie, ale także nie miałam większych problemów ze znalezieniem komfortowego i ładnego miejsca noclegowego w przystępnej dla nas cenie (pozdrawiamy właścicieli Pensjonatu Akacjowa!). Wałbrzych natomiast jawił mi się jako smutny, wręcz przygnębiający, nijaki i brudny. Z trasy biegu nie zapamiętałam absolutnie nic – może poza długim i dość stromym wiaduktem obwodnicy zdobywanym niestety aż dwukrotnie w pełnym słońcu. To podobno m.in. tam były te widoki na góry – nie wiem, wpatrywałam się we własne stopy, bo nos miał za daleko, by się na nim podpierać w tym upale. Ewentualnie wypatrywałam arbuzów w punktach odżywczych i uroczych pań w centralnej części trasy, z którymi dwukrotnie zatańczyłam sambę.

Zatem, podsumowując, choć ogólnie nasz wakacyjny pobyt na Dolnym Śląsku uznaję za udany, a wisienką na torcie jest dla mnie oczywiście zdobycie piątego medalu do Korony Polskich Półmaratonów, to do Wałbrzycha już nie wrócę. Natomiast do Szczawna-Zdroju bardzo chętnie, traktując go jako miłą dla oka bazę wypadową w kolejne warte odkrycia rejony Dolnego Śląska oraz na trasy turystyczne okolicznych gór.

 

PS. Jak na panujące warunki pogodowe i bardzo trudną trasę czas ukończenia biegu – 1h 54min 10sek (byłam 19. w kategorii wiekowej! i 677. w open na 2 626 biegaczy) uważam za w pełni zadowalający.