Kobieta Retro

To kiedy maraton?!

Jedni słyszą to pytanie już po pierwszej dobrze przebiegniętej dyszce, inni – dopiero po półmaratonie. Co ciekawe, podobno najczęściej pada ono z ust osób niebiegających i bywa, że ma ironiczny wydźwięk. A ja pytam całkiem serio i przyjaźnie, samą siebie: to kiedy maraton?

Dziś będzie krótko i na temat. Maraton to maraton. 42 kilometry potencjalnie ciągłego biegu. Słownie: czterdzieści dwa. Wynik około 4 godzin to rezultat uważany za dobry dla amatora, a dla debiutanta – nawet za bardzo dobry. Dlatego, jeśli już zdecyduję się (powiedzmy, że rozważam opcję „jeśli”, a nie opcję „kiedy”) na start w maratonie, na pewno dam sobie prawo do po prostu zmieszczenia się w limicie czasowym. Wynosi on zazwyczaj ok. 5h 30 min – 6 godzin. I tym razem ambicję schowam do kieszeni, bo milsze mi życie i zdrowie niż walka o nie. Bo i po co ryzykować?

Od samego początku biegania staram się, by sprawiało mi ono przyjemność, dawało formę i wytchnienie od codzienności. Wszystko, co dzieje się przy okazji, jest dla mnie niejako gratisem. Fantastyczne ubrania do biegania, nowe znajomości i ciekawe dyskusje nie tylko o sporcie, poznawanie nowych miejsc w Warszawie i okolicach oraz szalone wycieczki w pogoni za Koroną Polskich Półmaratonów – to wszystko nadaje koloryt mojemu bieganiu, które naprawdę stało się ogromną pasją.

Ale maraton to maraton, co będę sobie powtarzać do znudzenia. Tu nie można ot, tak po prostu wyjść z domu i iść pobiegać. Potrzebne jest przygotowanie, zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Uważam, że dystanse powyżej 20 kilometrów to już suma naszych doświadczeń, życiowych i biegowych, ukoronowanie codziennych treningów, czasem walka z sobą samą. Czy jestem na to gotowa? Zarówno na to, by po tygodniu pracy wyjść z domu na 3 godziny, zostawiając być może stęsknione dzieciaki, jak i na tak duży wysiłek dla zmęczonego trzema ciążami kręgosłupa i kolan w szczupłych i mało wyćwiczonych siłowo nogach? Czy ambicja i chęć nowych wrażeń nie przesłonią mi rozsądku?

Pytania te na razie pozostawiam otwarte. I choć wiem, że zawsze mogę domaszerować albo po prostu zejść z trasy, to wydaje mi się, że nie o to, nomen omen, biega. To ma być wyjątkowe wydarzenie i - jak powiedział mój biegowy kolega - rodzinne święto. Jeśli wystartuję, na pewno poprzedzę to solidnym przygotowaniem: żywieniowym, treningowym i kondycyjnym. Zrobię badania: od morfologii po kardiologiczne i być może wydolnościowe, odwiedzę mojego doktora od żylaków i innych lekarskich „wszystkich świętych”.

A potem to już posłucham serca, głowy i nóg – złotego trio, dzięki któremu start na królewskim dystansie naprawdę może okazać się przygodą życia. A jeśli by tak miało być, macie moje słowo, że wybiorę ścieżkę charytatywną, by poprzez moje wybiegane kilometry wspomóc którąś z fundacji zrzeszonych w akcji #BiegamDobrze. Mam nadzieję, że będę mogła liczyć zarówno na Waszą cegiełkę, jak i na doping. A jeśli możecie mi coś doradzić lub podzielić się swoim doświadczeniem, piszcie śmiało! Chłonę jak gąbka.