Kobieta Retro

Układanka

Podobno najlepszy półmaraton w Polsce. Mekka biegaczy z całego kraju, impreza, na którą zapisy rozchodzą się w dwie godziny. Na starcie orkiestra dęta, po drodze wspaniali kibice, a na mecie przepyszne jedzenie i wyborne piwo. Czego chcieć więcej?

Chyba tylko formy i siły do znoszenia ogromnego upału, czyli dokładnie tego, czego mnie w Grodzisku zabrakło. O ile z tą formą nie było tak źle, to z siłami już dużo gorzej. I to na własną prośbę. Nawał pracy zawodowej, ganianie za dzieciakami, różne zobowiązania, treningi i codzienne obowiązki, przeziębienie, które okazało się czymś więcej – a to wszystko w temperaturach zdecydowanie za wysokich.

W Grodzisku o mały włos nie poległam, i to niemal dosłownie. Dziś, gdy od startu minął miesiąc, oficjalnie przyznaję się, dlaczego udział w podobno najlepszym półmaratonie w kraju tak bardzo mnie zdołował. Trudny tydzień w pracy, osłabiające zapalenie gardła i upał, który zazwyczaj źle znoszę spowodowały, że pod koniec trasy, w okolicach 18-19 kilometra prawie upadłam. Obawiam się, że to było coś więcej niż sławetna „ściana”. Ciemno przed oczami, lekka utrata gruntu pod nogami, niemal zasłabnięcie. I to wszystko mimo stałego dostępu do wody (miałam plecak z bukłakiem), czapki z daszkiem i podjadania na trasie. Nocleg w za mało komfortowych warunkach (ogromna duchota w pokoju, hałasujący na korytarzu do późnych godzin sąsiedzi), niewystarczające porcje jedzenia i picia 2 dni wcześniej, ogólne zmęczenie drogą i nie tylko – dziś wiem, że takich spraw nie wolno lekceważyć. Ale, jak wiadomo, Polak mądry po szkodzie.

 

W Grodzisku do mety dobiegłam, i to nawet z uśmiechem na ustach, z naprawdę przyzwoitym czasem. W nagrodę był medal z rąk lokalnego VIP-a i przepyszna wyżerka. Ale także łza wzruszenia i złości. Bo zła byłam na samą siebie. Niestety, na chwilę ambicja przesłoniła mi rozsądek. Tak bardzo chciałam wystartować w Grodzisku, a tak mało to przemyślałam. Całą otoczkę logistyczną (daleki wyjazd z dziećmi, i to całą trójką tym razem) i te wysokie temperatury, przy których źle funkcjonuje się na co dzień, a co dopiero trenuje. To wszystko, co wydarzyło się w upalną niedzielę 10 czerwca w Grodzisku nie było tego warte, zaś strach o samą siebie i o to, że mogło mi się coś stać z własnej głupoty zostało ze mną do dziś.

Dlaczego o tym piszę? Ku przestrodze. Bo jak zachęcam do biegania i szeroko pojętej aktywności oraz towarzyszącej jej turystyce sportowej, tak proszę Was, byście nie popełniali mojego błędu. Naprawdę starty w zawodach nie powinny być postawione ponad zdrowiem, dobrym samopoczuciem i bezpieczeństwem, szczególnie, jeśli bieganie podobnie jak ja traktujecie jako pasję i ciekawą przygodę.

Dziś wiem, że mimo wspaniałej organizacji, wypasionego pakietu startowego i rewelacyjnej atmosfery do Grodziska raczej nie wrócę. Tam zawsze jest gorąco, wręcz upalnie, a na trasie może wydarzyć się wszystko. Nie będę ryzykować zdrowiem i życiem, bo nie pozwalają mi na to moje priorytety. Niemniej, jakkolwiek to brzmi, samo doświadczenie umocniło mnie. Potrzebowałam tych kilku tygodni odpoczynku od biegania, czasu na porządne wyzdrowienie i zebranie sił oraz na refleksję.

Do treningów wracam silniejsza i dużo bardziej rozważna. Wsłuchuję się w swoje ciało, od nóg aż po głowę, nie zagłuszam serca. Kiedy one mówią: „stop” – odpuszczam i moją aktywnością pozostaje tarzanie się z dzieciakami na łóżku albo małe szaleństwa na trampolinie. Powiem więcej. Przestałam mieć z tego powodu wyrzuty sumienia. I choć maraton zbliża się wielkimi krokami, bo w chwili, gdy piszę te słowa od startu dzieli mnie 10 tygodni, to wiem już, że lekcję odrobiłam.

Bieganie jest wspaniałą odskocznią od codzienności, jest pasją, która uskrzydla i wnosi w moje życie wiele dobrego na różnych płaszczyznach, ale nie będę go przedkładać nad zdrowie czy rodzinę. Bieganie to mój brakujący puzzel w układance; wraz z innymi elementami tworzy pełen obraz mnie, zwariowanej i zazwyczaj pogodnie usposobionej do otoczenia Ewy. Ale jeśli układanka ma się udać, wszystko musi do siebie pasować. Zdrowie, siły, kondycja biegowa, humor, wsparcie najbliższych, kontrola nad życiem i jak najmniejsza presja – od samej siebie i z otoczenia. W wielu miejscach przeczytacie o sukcesach i zwycięstwach, o nowych „życiówkach” i kolejnych medalach będących dowodem na to szumnie nazywane „pokonywanie siebie”. A ja Wam mówię, że zamiast pokonywać, wolę siebie poznawać, i to w różnych okolicznościach, nie tylko biegowych.

Grodzisk Wielkopolski będzie dla mnie znakomitą ilustracją powiedzenia „tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono”. Ja po tamtejszym półmaratonie samej sobie powiedziałam: „sprawdzam”, zadając w duchu pytanie, co tak naprawdę jest dla mnie ważne.

I znowu wyszło, że rodzina, zdrowie, dobrzy znajomi i zwyczajne życie zgodne z moimi wartościami. Nuuuuda…, którą doprawiam szczyptą biegowego szaleństwa i innymi spełnianymi marzeniami. Brakujący puzzel wpasował się w układankę, a ja znowu jestem rozpędzoną lokomotywą na właściwych torach. Kto wsiada ze mną w tę podróż przez życie?

 

PS. Podczas tego zwariowanego weekendu odwiedziliśmy stolicę Wielkopolski, a w nim, prócz Starego Miasta i koziołków, Rogalowe Muzeum Poznania. Świetne miejsce, w którym można poznać historię miasta i niechęci jego mieszkańców do Warszawiaków ;-) oraz przekonać się własnoręcznie, jak powstaje słynny marciński rogal. Polecamy!

 

A fanów naszego małżeńskiego duetu biegowego zapraszamy do obejrzenia kolejnego filmiku spod szyldu Coraliki Run Club.

https://www.youtube.com/watch?v=ykkpMTzij74

 

Obiecujemy, że to nie koniec! Na przełomie czerwca i lipca Paweł dzielnie bronił imienia klubu uczestnicząc w swoim pierwszym górskim Półmaratonie Gór Stołowych, który był dla niego wyprawą nie tylko górską, ale i motocyklową.

Natomiast dokładnie w ten sam weekend ja jako Kobieta Retro wybiegałam "na swoim podwórku" dwa razy podium w biegu Nocny Marek na dystansie 10 km (z czasem 46'23", który staje się nową "życiówką"), zaś wcześniej pokonałam prawie 800 schodów, by dotrzeć na 30. piętro Pałacu Kultury i Nauki niczym bohater grany przez Stanisława Tyma, patrona imprezy.