Kobieta Retro

Janosikowa walka ze słabościami*, czyli samotna wilczyca spełnia marzenia

Jak głosi hasło promocyjne Zimowego Janosika, dopóki walczysz jesteś Janosikiem. Dziś, po debiucie w zimowych biegach górskich, które jednak z powodu zimy XXI wieku z bieganiem za wiele wspólnego nie miały, mogę się pod tym hasłem podpisać. A widoki, które przyszło mi przy tym podziwiać, wzniosły mnie na kolejny poziom, nie tylko sportowy.

Na Zimowego Janosika zapisywałam się dobre kilka miesięcy temu od początku z założeniem, że będzie to moja samotna wyprawa wilczycy. Zmęczeni ubiegłorocznym rajdem po całej Polsce w związku z Projektem Korona i moimi debiutami w biegach górskich w Szczawnicy na 6 km i w Beskidzie Żywieckim na 20 km postanowiliśmy z mężem, że chwilowo z rodzinnymi wyprawami biegowymi dajemy sobie spokój. Oczywiście, nie definitywnie, ale czasowo – do chwili, gdy oboje zgodnie uznamy, że bilans zysków i strat zwłaszcza psychicznych przechyla się na korzyść tych pierwszych. O tym, jak wygląda podróżowanie z trójką małych dzieci, w tym z jednym karmionym piersią, drugim, któremu się buzia nie zamyka i trzecim, które nie znosi jazdy autem i bardzo dobitnie informuje o tym otoczenie co najmniej co 5 minut, mogłabym napisać książkę. Chwilowo odstąpię jednak od tego pomysłu, wolę się skupić na pozytywach płynących ze zmiany naszej strategii.

A zakłada ona to, że każde z nas wybiera sobie 2-3 wydarzenia w roku, na które jedzie SAMO, traktując to jako wyrwanie się z kieratu codzienności, zaś drugie zaciska zęby albo nawet i ze śpiewem na ustach dzielnie przejmuje pałeczkę opieki nad naszą nieświętą trójcą i kibicuje na odległość. Jako że Paweł z powodu kontuzji musiał odpuścić grudniowy wyjazd na trójmiejską edycję Garmin Ultra Race, pierwsza według naszych nowych zasad na wyprawę wyruszyłam ja.

Zarezerwowałam na Bookingu nocleg w pokoju, do którego swoją drogą i tak nie dotarłam, ale to nie najważniejsze w tym momencie – grunt, że miałam gdzie spać. Dogadałam się w sprawie dojazdu na zawody z innymi amatorami górskiego biegania z Warszawy i okolic. Wypisałam wniosek urlopowy, spakowałam plecak i torbę z wyposażeniem na bieg, ucałowałam rodzinkę i… w drogę!

Trasa przebiegała przez moje rodzinne Świętokrzyskie. I to właśnie w Jędrzejowie, w małej jadłodajni przy ul. 11 Listopada, zjedliśmy z ekipą przepyszny i niedrogi obiad (pierogi i papryka z nadzieniem z kaszy – pyyyyycha!) oraz naładowaliśmy akumulatory na dalszą, z powodu pory doby i warunków, dość trudną podróż.

Do biura zawodów w Niedzicy dotarliśmy, o ile mnie pamięć nie myli, ok. 19:30, potem każdy z nas rozszedł się na swoją kwaterę. Moja, niestety, choć niewiele oddalona od miejsca startu, okazała się niesamowicie zimna (spałam w swetrze i pod dwoma kołdrami), ale ciepło i życzliwość pań z obsługi wyrównały tę niedogodność. Mimo mało sprzyjającej temperatury, spałam jak ta lala – od dość wczesnego zaśnięcia do porannego obudzenia ;-) Która matka dzieciom rozumie, o jakim luksusie piszę, ręka w górę!

Dzień startu nie wyróżniał się niczym specjalnym. Depozyt, rozgrzewka, krótkie spotkania z nielicznymi w tych okolicznościach przyrody znajomymi (pozdrowienia dla Edyty i Ani!) i już autokary wiozą nas do Łapszanki na start Zawianego Pyzdry.

Zimno, tylko trochę wietrznie, ale i bardzo, bardzo słonecznie. Pogoda jak marzenie, Zbóje wywiązały się z obietnicy! Krótka przemowa z praktycznymi szczegółami, jak się później dowiedziałam, głównodowodzącego Zbója Sławka Konopki, z którym już kilkakrotnie w tym miejscu przecinały się moje drogi, symboliczna minuta ciszy ku pamięci prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, westchnienie do Góry i do Janosika i… ruszamy. Po pierwszej wspinaczce czekał na nas pierwszy „taras widokowy” z pejzażem takim, że się ludziska rozlazły na wszystkie krańce, by dobre foty ustrzelić.

Z koleżanką Edytą, z którą miałam okazję spotkać się na nadbużańskim Chaziorze

Moje założenie względem tego biegu było następujące: pokonać trasę, ciesząc się z każdego kilometra w zimowo-górskich okolicznościach przyrody. W końcu po to tu przyjechałam! I to dostałam. Jednak z racji tego, że był to mój debiut, wielu rzeczy doświadczałam na placu boju. Ot, chociażby taki wynik końcowy, który paradoksalnie mógł być przesądzony już na drugim kilometrze. Dlaczego? Ponieważ Zawiany Pyzdra okazał się być wspinaczką pod górę w… wyżłobionych w śniegu, ok. 30-centymetrowych koleinach zrobionych specjalnie dla nas przez sprzęt ekipy organizatora.

Wyzwaniem nie było więc samo wspinanie się, lecz utrzymanie równowagi w chwili, gdy na ruch obunóż miałeś te trzydzieści centymetrów i dla twojego dobra lepiej było, gdy trafiałeś w ślady swojego poprzednika. O wyprzedzaniu przez większość trasy nie było mowy, a jeśli podejmowałam się tego wyczynu, lądowałam w zaspie. Ale co jakiś czas próbowałam to robić nie z powodu parcia na wynik i chęć rywalizacji, lecz dlatego, że moje nogi i w sumie cały korpus buntowały się przed tym spięciem, które powodowała chęć zmieszczenia się w bardzo wąskich przelotówkach. Dlatego taka ucieczka bokiem była dla mnie wybawieniem.

Jak wspominałam wcześniej, Zawiany Pyzdra z biegiem, nawet górskim, za wiele wspólnego nie miał. Po etapie wspinaczki i ładowaniu węgli oraz ciepłych płynów na punkcie żywieniowym w połowie trasy, drugą połowę dystansu pokonałam już szybciej, gdzieniegdzie nawet biegowym krokiem. Na ile szybciej jednak ciężko mi powiedzieć, bo antrakt w chacie wydłużyłam o stanie w kolejce do toalety, raport telefoniczny do męża oraz krótkie pogaduchy  i szybkie foty ze znajomymi biegaczkami. Ale powiem szczerze, że nie żałuję ani jednej minuty, bo wiedziałam, że na wyniku mi nie zależy, a Zimowy Janosik to dla mnie przygoda, a nie kolejny start do zaliczenia.

Niestety, podczas samej imprezy najbardziej rozczarowali mnie ludzie. Nie zawsze życzliwe, a raczej wprost przeciwnie, kobiety, które zamiast podać pomocną dłoń, gdy komuś (dosłownie) podwinęła się noga, wyprzedzają na trasie w niewybredny sposób wyrażając swoje niezadowolenie z przestoju. Walący w drzwi toalety, przepychający się przy napojach, w kolejce po medale, herbatę i do makaronu, którego co najmniej dwa razy na mecie zabrakło. Olewający współzawodnika, który zgina się w pół z powodu silnego skurczu (zainteresowanie i pomoc zaoferowałam ja i jeden chłopak, na szczęście okazała się ona niepotrzebna). Ignorujący pytanie o dalszą trasę na rozstaju dróg. Przepychający się na schodach z panem z obsługi, który sprzątał szkło i rozlane piwo. Wygrażający organizatorom, że złożą skargę na zimę, bo przez te nieodśnieżone trasy to nawet nie opłacało się zegarka na tryb biegu przełączać. Na szczęście dla przeciwwagi mamy głównego Zbója Sławka, który obdzielał uśmiechem i pogodą ducha na prawo i lewo, nie omieszkając też ceprom i innym górskim biegaczom przygadać: „a wy przyjechaliście tu biegać czy foty robić?!”

A fot nie dało się nie robić, mając na wyciągnięcie ręki takie widoki! Zatem, drogi Zimowy Janosiku i przepiękny Spiszu, coś mi mówi, że była to nasza pierwsza potyczka, bo na pewno nie walka. Do zobaczenia więc, prędzej czy później!

Ewa, Kobieta Retro

 

* Słabościami okazały się reperkusje po morsowaniu, które niemal zatrzymały mnie w Warszawie. Szczegóły tym razem daruję, niemniej z powodu bólu mięśni innych skutków kąpieli w lodowatej wodzie (która przecież mi się podobała!) byłam skłonna zmieniać trasę na krótszą, 10-kilometrowe Kierpce Maryny. Finalnie tego nie zrobiłam i bardzo dobrze, niemniej przez niemal cały czas miałam z tyłu głowy myśl, że nie mogę się za bardzo forsować, bo mam przed sobą cały sezon, a zdrowie jest jedno. I tak Zawiany Pyzdra mnie nie pokonał, tylko zostawił bakcyla na coś większego i dłuższego, a ślady po morsowaniu dają o sobie znać aż do tej pory. Cóż, teraz mam już niezbite dowody na to, że zmarzlaki pewnych rzeczy robić nie powinny. I choć morsowania nie żałuję, bo to fajna przygoda była, tak następny razem o chłodzeniu chętnie porozmawiam w lipcu i sierpniu. Ewentualnie umówię się na wspólne hartowanie w kriokomorze czy innej grocie solnej.