Kobieta Retro

Kilometry szczęścia. Podsumowanie roku 2018

Piszę te słowa tydzień po zakończeniu długiej, bo miesięcznej przerwy od biegania. Jej długość była wprost proporcjonalna do ilości treningów w roku 2018. Ponad 300 kilometrów na samych zawodach, a na co dzień? Zapewne z trzy razy tyle. Ale to nie ilość, lecz jakość ma znaczenie. To był dobry, zabiegany rok.

2018 był rokiem pełnym zaskoczeń, debiutów i przekraczania granic. Tylko wychodzenia ze strefy komfortu w nim zabrakło, ale chyba wiem, dlaczego: po prostu jeszcze do niej nie dotarłam ;-)

To rok, w którym nie poprzestałam na zdobyciu Korony Polskich Półmaratonów, ale przebiegłam ich aż siedem. Jeden z nich był fantastyczną przygodą i manifestem ideologicznym (Białystok i moje alter ego, Wonder Woman), drugi był biegiem towarzyskim w rodzinnych stronach (kielecki SieBiega), zaś trzeci, raczkująca impreza w szarym i brzydkim, rozrastającym się na razie wśród pól Wilanowie, przyniósł mi fenomenalną jak dla mnie życiówkę i trzecie miejsce w kategorii wiekowej kobiet.

Zadebiutowałam w biegach górskich, zdobywając siłą woli i nóg w wiosennym upale pienińską Szafranówkę, zaś relacją z trasy ok. 6-kilometrowego Hardego Rollinga zasługując na wyróżnienie od organizatorów Biegów w Szczawnicy. Potem była jeszcze Mała Rycerzowa w Beskidzie Śląskim, gdzie z uwagi na mglistą aurę o mało nie zatańczyłam na sierpniowym sabacie czarownic.

Był ze znaną mi z codziennych treningów trasą Nocny Marek, który przyniósł podwójne podium: trzecie miejsce w kategorii wiekowej i tytuł drugiej najszybszej Markowianki.

Było spotkanie z nadbużańskim 30-kilometrowym Chaziorem, który w ramach przedmaratońskich testów odżywek energetycznych i pokazu własnej głupoty o mało mnie nie wykończył sensacjami żołądkowymi.

Był debiut w maratonie. Tylko częściowo przemyślany, ale mimo wszystko dość dobrze przygotowany i przebiegnięty. Królewski dystans mnie nie pokonał, ale przekonałam się, że te 42 kilometry to jednak z różnych względów dla mnie za dużo i za długo. Pasja jest ważna, mogę jej poświęcić wiele, ale nie wszystko.

A na zakończenie sezonu: życiówka w Biegu Niepodległości w stulecie uzyskania przez Polskę statusu wolnego kraju.

I jak tak spoglądam na tę symboliczną  mapę moich osiągnięć w 2018 roku, wiecie, co myślę?

Moim największym sukcesem nie są przebiegnięte kilometry czy dobre wyniki, ale to, że wciąż sprawia mi to frajdę. Że swoją postawą, zdjęciem czy niekiedy ironicznym komentarzem zachęcam do biegania innych, na czele z moim mężem. Że dzięki bieganiu żyję pełnią życia, odwiedzając ciekawe miejsca, poznając inspirujących ludzi i ciesząc się czymś więcej niż wynikami i kolorowymi sportowymi ubraniami w społecznościach, do których mniej lub bardziej formalnie należę: Markowi Biegacze, Kolorowa Drużyna Nessi, Legia Run Club. To zdecydowanie coś więcej niż sport.

Dlatego u progu Nowego Roku życzę i Wam takiej pasji, która dodaje skrzydeł. Życzę zdrowia, by tę pasję móc w sobie rozwijać, szczęścia do ludzi – by móc dzielić się z nimi swoją radością oraz dobrej pracy, by na to wszystko zarobić ;-)

Swoim kibicom, tym jawnym i tym trzymającym kciuki w ukryciu mówię: wielkie dzięki!


A na koniec z radością przedstawiam moje aktualne „życiówki”, życząc sobie samej, by w nadchodzącym roku ustąpiły miejsca kolejnym dobrociom: wynikom i przeżyciom.

5km – Piątka Praska – 22:00
10km – Bieg Niepodległości w Warszawie – 44:23
21,097km – Królewski Festiwal Biegowy Warszawa Wilanów  – 1:42:28
42,195 – Maraton Warszawski – 3:56:48


Ilość kilometrów przebiegniętych na samych zawodach: 307 (o ile o czymś nie zapomniałam)

 

PS. Mapa wybranych osiągnięć biegowych według mojego projektu, ale w wykonaniu p. Bartosza z Rewersu Medalu. Dziękuję i pozdrawiam!