Kobieta Retro

Dwa kółka, które pomagają w życiu i w ewangelizacji. Rozmowa z Księdzem na Rowerze

Jeździ na rowerze, uprawia triathlon, biega, a mimo to nie zaniedbuje swoich duszpasterskich obowiązków. Ksiądz na Rowerze Paweł Michalewski – bo o nim mowa – znany jest w kręgu ludzi aktywnych już od dłuższego czasu, choć są osoby, które jego pasja do sportu wciąż mocno zaskakuje. Czy to dobrze, czy źle i jak sobie z tym radzi, odpowiada sympatyczny, brodaty wikariusz z Opola.

Najpierw było bieganie, potem jazda na rowerze (kilka modeli) i w końcu triathlon. Zawsze ksiądz był tak aktywną osobą?

Urodziłem się w czasach komuny, moje dzieciństwo przypada na lata 90.,  a wtedy wszystkie dzieci były aktywne. Można powiedzieć, że całe dnie spędzaliśmy na różnego rodzaju zabawach na świeżym powietrzu. Jednak już czas liceum czy studiów w seminarium do najaktywniejszych nie należały... Teraz, z perspektywy lat, widzę, jak byłem głupi, że mi się nie chciało ruszać. Okres nauki w seminarium to moment, kiedy przytyłem do prawie 140 kg. Jestem wysoki, mam 193 cm wzrostu, ale ta waga to już było za dużo. Dopiero po święceniach, już pracując w parafii odkryłem piękno sportu i aktywnego trybu życia. I to naprawdę mocno zmieniło moje życie. 

Jak to się stało w ogóle, że ksiądz został księdzem, kiedy przyszło powołanie?

Zaufałem Bogu i dałem Mu szansę. Myśl o zostaniu księdzem pojawiła się chyba w drugiej klasie szkoły średniej, wcześniej w ogóle nie brałem tego pod uwagę. Ta myśl była jednak na tyle silna, że postanowiłem spróbować i wstąpiłem do seminarium. Czas seminarium to właściwy moment rozeznania, czy to jest aby na pewno ta droga. Warto Panu Bogu dać szansę oraz spróbować, czy to jest w ogóle dla mnie. Ja rozpoznałem, że to moje powołanie i jak na razie tego nie żałuję.

Co sport daje księdzu?

Dla mnie sport to już w zasadzie sposób na życie. Nie wyobrażam sobie, żeby teraz mogło go zabraknąć. Gdy robię sobie dzień lub dwa dni przerwy od wszelkich aktywności, to czuję, że czegoś mi brakuje. A co daje mi sport? Na pewno zdrowie, ale oprócz tego przestrzeń, miejsce i czas, kiedy mogę pomyśleć, pomedytować i poukładać w głowie różne sprawy. Często w tym naszym życiowym zabieganiu przygniata nas nadmiar zadań. Tymczasem ze sportem jest tak, że jeśli już stanowi on integralną część życia, człowiek jest w stanie zrobić naprawdę wiele, by wygospodarować sobie chwilę na trening. I w ten sposób zyskujemy ten czas tylko dla siebie. Ja sam widzę wyraźnie, że sport bardzo mocno nauczył mnie gospodarowania czasem, a nawet znajdowania go tam, gdzie nigdy bym nie przypuszczał, że da się coś „uszczknąć”.

Czy treningi rowerowe pomagają w pracy duszpasterskiej?

Oczywiście. Pomagają głównie w nawiązywaniu nowych kontaktów, w przełamywaniu barier. Na rowerze nie idzie rozpoznać, czy ktoś jest księdzem. Gdy spotykam gdzieś na trasie kolarzy i zaczynamy rozmawiać, często po jakimś czasie pada pytanie „gdzie pracujesz?”. Reakcja ludzi na to, że jestem księdzem, jest czasami zabawna, zwłaszcza jeśli na przykład przed chwilą ktoś mocno przeklinał, a teraz robi się czerwony ze wstydu, bo zorientował się, że przeklinał przy księdzu :) Natomiast później rozmowa bardzo często schodzi na tematy duszpasterskie. Uważam, że najważniejsze to nawiązanie relacji z drugim człowiekiem. Bo jak już będzie ta relacja, najpierw na stopie koleżeńskiej, treningowej, sportowej czy jakiejkolwiek innej, to w końcu zaczniemy rozmawiać na tematy duchowe. Człowiek potrzebuje takich rozmów, jednak często boi się lub wstydzi podejść do księdza, ma pewne opory czy uprzedzenia. Ale już przed znajomym kolarzem czy biegaczem, który jest księdzem, takich oporów nie będzie miał. Dlatego sama obecność księdza w tej sportowej sferze jest już duszpasterstwem i ewangelizacją.

Jak młodzież reaguje na księdza pasję? Wspiera, kibicuje?

Reagują bardzo pozytywnie. Młodzież jest niezwykle wyczulona na normalność. Jeśli ktoś udaje, od razu to wyłapią. Zatem jeśli mają przed sobą księdza zafiksowanego na punkcie triatlonu, zaakceptują to jako moją pasję, bo sami mają własne zainteresowania. Wspierają, pytają o wyniki, a także o treningi czy rowerowe wojaże. Bardzo lubię te rozmowy.

A jak reagują pozostali parafianie? 

Również bardzo pozytywnie, nawet zaczepiają, by porozmawiać. Często słyszę, że są dumni z takiego księdza. Aż mi głupio i robię się czerwony jak burak, słysząc tym podobne słowa. Ale przyznam, że jest to naprawdę motywujące, gdy tylu ludzi wspiera i obserwuje rozwój sportowej kariery (o ile można moją przygodę ze sportem tak określić).

Czy według księdza od sportu można się uzależnić?

Może inaczej to nazwę. Regularne uprawianie sportu wytwarza w człowieku nawyk. A ten nawyk po chwili staje się integralną częścią życia, jak np. jedzenie śniadania. Można funkcjonować bez zjedzenia śniadania, ale co to wtedy za życie :) Podobnie jest ze sportem. Można bez niego żyć, ale po co?

To teraz pytanie z drugiej strony, niejako w nawiązaniu do historii Jerzego „Najlepszego” Górskiego. Czy sport pomaga wyrwać się z nałogu? Jakie ksiądz ma doświadczenia?

Sport daje cel. W przypadku Jurka Górskiego te sportowe cele pomogły mu wyjść z wielkiego bagna. Jest to przykład na to, że mając cel człowiek może naprawdę wiele. W przypadku nałogów ludziom brakuje motywacji do walki, bo nie widzą w tym żadnego sensu. Dlatego zachęta do podjęcia pewnego sportowego wyzwania jest bardzo dobrą metodą terapeutyczną. Jako ksiądz spotykam się z ludźmi poszukującymi celu i sensu, w różnym aspekcie. Dla mnie tym celem i nagrodą jest Bóg. Ale to trzeba odkryć. Dlatego na początku drogi wyjścia z nałogu może to być rzeczywiście sport i coś konkretnego do osiągnięcia, np. ukończenie maratonu.

Czy nie oskarżają księdza o egoizm, przesadne dbanie o siebie, czy nie przeszkadza innym działalność w mediach społecznościowych? Nie mówię o bezmyślnym i zacietrzewionym tzw. hejcie, mam na myśli bardziej opinie w księdza najbliższym otoczeniu.

Ludzie, którzy mnie znają wiedzą, że ja jestem naprawdę skromnym, a nawet bardzo wstydliwym człowiekiem. Na początku miałem wielki problem, żeby wyjść w kościele na ambonę i przeczytać czytanie w czasie Mszy, tak mnie to stresowało. To, że po święceniach byłem w stanie mówić kazania, to tylko zasługa łaski z Nieba… Wiadomo, że praca nad sobą i nabywane doświadczenie pomogły mi to z czasem zmienić, ale ten wewnętrzny wstyd pozostał – tyle że teraz potrafię z nim funkcjonować. Dlatego większość osób z mojego otoczenia wie, że ta cała aktywność internetowa to nie narcyzm, tylko forma dotarcia do współczesnego człowieka i pokazania oblicza księdza od tej zwykłej, codziennej strony. Wiadomo, że zawsze znajdzie się ktoś, komu to się nie będzie podobało. I ma do tego prawo. Ja świadomie obrałem taką drogę, a obserwujące owoce tego co robię, widzę, że była to dobra decyzja.

Jak wygląda księdza dzień „na co dzień”? Ten z treningiem i bez niego. Jak ksiądz ustala priorytety?

W tygodniu, kiedy mam poranną Mszę, wstaję o 5 rano. Przed godziną 6:00 idę otworzyć kościół, siadam do konfesjonału, potem odprawiam Mszę. Uczę w szkole; zajęcia zaczynam o różnych godzinach, mam okienka między lekcjami, dlatego dostosowuję treningi do planu lekcji. Jak mam np. na 12 do szkoły, to rano robię dłuższy trening; jeśli mam okienka, to idę na nich pobiegać albo popływać na basenie itp. Lekcje z młodzieżą praktycznie codziennie kończę około godziny 15, po nich wracam na plebanię. Staram się położyć na 15 minut (nawet taka drzemka czyni cuda!). Od godziny 16 jest czas na kancelarię, po 17 trzeba znowu iść otworzyć kościół, przygotować się do Mszy, są nabożeństwa, spowiedź, wieczorna Eucharystia. Na plebanię wracam ok. godziny 19:00. Wieczorami mam jeszcze spotkania grup parafialnych oraz te z harcerzami. Choć niekiedy bywa, że mam już wolne i wtedy idę pobiegać. To wszystko zależy już od konkretnego dnia. Dzień bez treningu to przeważnie jeden dzień w tygodniu – ten najbardziej zawalony obowiązkami. Przed triatlonem staram się też często robić po dwa treningi dziennie. Upycham je w nielicznych wolnych chwilach, ponieważ priorytetem jest dla mnie zawsze praca na parafii i szkoła. To zawsze jest i będzie na pierwszym miejscu i układając plany treningowe zawsze to uwzględniam.

Czy zachęca ksiądz młodzież do uprawiania sportu, do kolarstwa? Czy wystarczy księdza przykład? (śmiech)

Staram się bardzo i przyznam się z radością, że kilka osób zachęciłem. Pokazuję im na swoim przykładzie, jak bardzo pozytywnie sport odmienia ludzkie życie i to chyba najbardziej działa. Mam nadzieję, że w przyszłości któryś z moich uczniów zostanie mistrzem świata w kolarstwie :)

Tego życzę i ja! Z przyjemnością obserwuję, z jaką radością ksiądz opowiada o swojej pasji i cieszę się podwójnie, że chce i potrafi ksiądz dzielić się nią z innymi.

A teraz z innej beczki. Księże Pawle, jak nie stracić wiary i nie odejść od Kościoła w tych trudnych czasach? Czy modlitwa do Ducha Świętego wystarczy, gdy trzeba zmierzyć się z takimi codziennymi, ludzkimi problemami?

Wiara jest łaską, którą otrzymujemy w chwili chrztu. To jest swego rodzaju płomień, który trzeba podtrzymywać, by nie zgasł. A jak wiadomo, żeby ogień pięknie płonął, potrzeba powietrza i paliwa, które będzie się spalało. I to właśnie my, nikt inny za nas tego nie zrobi, musimy zadbać o to, by ciągle w naszej wierze były powiewy świeżego powietrza oraz dostarczać paliwa, by wiara ciągle w nas płonęła. Myślę, że większość problemów z naszą wiarą bierze się z braku tych dwóch rzeczy. Nie otwieramy się na świeże powietrze, czyli Ducha Świętego i Jego natchnienia, nie odczytujemy znaków czasu, nie dajemy Bogu szansy. No i nie dostarczamy paliwa, czyli nie poznajemy Boga, nie czytamy o nim w Piśmie Świętym, nie interesujemy się sprawami wiary. Raczej czekamy na jakieś objawienie z nieba i mamy pretensję do Pana Boga, że tego nie ma… Każdy z nas ma obowiązek poznawania tego, w co wierzy i otwierania się na Boga, dawania mu szansy w naszym życiu. Dobrym przykładem tego otwierania się na Jezusa jest np. udział w rekolekcjach: idę tam z otwartym, chłonnym sercem, i modlę się, by jak najwięcej z nich skorzystać. Z taką postawą, nawet kiedy będzie do nas mówił bardzo kiepski rekolekcjonista, człowiek naprawdę bardzo wiele zyska. Bo Bóg przychodzi do nas ciągle, ale jeśli my zamykamy się na Niego, to on na siłę nie wejdzie do naszego serca. 

A jak się zmierzyć z codziennymi problemami? Jest taka maksyma: „Módl się tak, jakby wszystko zależało od Boga, a pracuj tak, jakby wszystko zależało od Ciebie”. Czyli podstawą jest wielkie zaufanie do Boga i dawanie maksimum z siebie. Wtedy przetrwa się największe życiowe problemy.
 

Adwent, czas oczekiwania nie tylko na święta, ale i na paruzję. Jak się przygotować? Jak żyć, Księże na Rowerze?

Chrześcijanin to człowiek, który ma żyć tu i teraz, ale jednocześnie być świadomym, że to życie tutaj na ziemi jest tylko etapem, drogą wiodącą do celu, którym jest zbawienie. Czas adwentu powinien na nowo nam o tym przypominać: mamy czuwać i być w każdej chwili naszego życia gotowym na spotkanie z Bogiem. Bo spotkanie nastąpi, tylko nie wiemy, w którym momencie, kiedy dokładnie się wydarzy. Mamy być jednak na to przygotowani. Dlatego trzeba żyć zgodnie z Bożymi przykazaniami, kochać Boga i drugiego człowieka. Wystarczy tyle. Choć czasami jest to AŻ tyle…

Co dla księdza jest najtrudniejsze w codziennej posłudze? A co sprawia najwięcej radości?

Najtrudniejsze są dla mnie spotkania z ludźmi szukającymi pomocy. Bo jak ja mogę im pomóc? Jestem takim samym grzesznikiem jak oni… Ale kontakt z ludźmi chorymi, opuszczonymi jest niezwykle trudny, bo ja po ludzku nie jestem w stanie im pomóc. Zostaje mi tylko modlitwa oraz myśl, że Bóg może wszystko. Tego się trzymam i tą nadzieją się z tymi ludźmi dzielę….

Najwięcej radości sprawia mi głoszenie Słowa, rozmawianie o Bogu, Dyskusje, dzielenie się swoją wiarą i wiedzą z innymi.

Dlaczego zdecydował się ksiądz na start w wyścigu kolarskim dla amatorów, Gran Fondo Gdynia? Którą trasę ksiądz wybiera?

Ten wyścig jest zorganizowany na naprawdę wysokim poziomie, można spotkać wspaniałych ludzi. Trasa też zapowiada się rewelacyjnie. Postanowiłem wystartować w dystansie dłuższym, bo to będzie dla mnie prawdziwe wyzwanie sportowe.

Jak będą wyglądały księdza przygotowania?

Przygotowania już trwają. Jako triatlonista buduję teraz bazę rowerową i biegową, czyli staram się codziennie poświęcić minimum godzinę na taki trening. Staram się trenować na dworze, choć z powodu aury zdarza się zejść do piwnicy na trenażer. Do tego dochodzi basen, rozciąganie, siłownia. Mam nadzieję, że 2 czerwca przyszłego roku będę w dobrej formie.

 

Złóżmy na koniec krótkie życzenia z okazji nadchodzących świąt, dobrze?

Życzę Wam otwartości serca na przychodzącego do nas Boga. Życzę Wam Bożego błogosławieństwa, bo jak ono będzie, to będzie wszystko, czego potrzebujemy do szczęścia. Życzę wytrwałości w realizacji marzeń!

 

Dziękuję za rozmowę.