Kobieta Retro

Jestem kobietą pracującą!

Praca w domu to nie praca. Ile razy słyszeliście podobne stwierdzenie? Pytam wszystkich, nie tylko freelancerów. Ba! Pytam przede wszystkim kobiety, zwłaszcza te, które z wyboru albo i siłą życiowego rozpędu codziennie łączą wiele ról: matki i żony, pracownika – oraz te pracujące wyłącznie w domu. Jeśli zastanawiacie się, czy ktokolwiek docenia Waszą pracę, ten tekst jest właśnie dla Was.

Ja doceniam. A nawet wyceniam. Dziś na przykład osobiście zarobiłam osiemdziesiąt złotych pracami domowymi powszechnie znanymi jako wiosenne porządki. I żeby było ciekawie, sama sobie wypłaciłam te pieniądze. Bo skoro „pani Helence od Asi” musiałabym tyle zapłacić za wykonaną usługę, to dlaczego nie docenić własnej roboty?

Z tym docenianiem, mam wrażenie, mają problem i same kobiety, i mężczyźni, i społeczeństwo.

Zacznę od kobiet. Przede wszystkim uważam, że zbyt wiele ograniczeń siedzi w naszej głowie. Nie wierzymy w siebie, umniejszamy swoje osiągnięcia, ale także często (?) udajemy, że to, co robimy w życiu, jest taką oczywistością. Bo przecież to „normalne”, że kobieta pracuje zawodowo, wychowuje dzieci, prowadzi dom, czasem opiekuje się starszymi bądź chorymi osobami w rodzinie, ma czas na pójście do fryzjera i „na paznokcie”, ogląda seriale, czyta książki, planuje wakacje… A potem pada na twarz i nie ma siły wstać. A powinna! Iść do męża i małżeńskie obowiązki spełniać, z uśmiechem na ustach i w podskokach, jak dobrze zaprogramowany… robot. Był już jeden mężczyzna w telewizorni, który właśnie tak kobiety postrzegał i swoje poglądy okraszał rechotem z udanego dowcipu.

 

fot. Pixabay

Nie, panowie drodzy, to nie jest ani dowcip, ani tym bardziej udany. Kobieta to też człowiek. Ma swoje pragnienia i potrzeby (to nie jest reklama sieci drogerii!), które bardzo często wykraczają poza tak stereotypowo pojmowane zjawiska, jak ganianie za nowymi ciuchami, obgadywanie innych przy kawie czy ciągłe zastanawianie się, co tym razem ugotować na obiad. Kobieta pracuje w zasadzie przez większość swojego życia. Tyle tylko, że często za darmo.

I właśnie z tym mamy jako społeczeństwo problem. Nie szanujemy pracy kobiet w domu. Opieka nad noworodkiem i niemowlęciem to przecież „siedzenie w domu” – które z siedzeniem ma tyle wspólnego, co paluszki rybne z rybą (czyli pół na pół). Zakupy robią się same, podobnie jak samo wiesza się pranie, dzieci same odrabiają lekcje i kupują sobie buty we właściwym rozmiarze, pamiętają o szczepieniach, zapłacie za wycieczkę szkolną i imieninach babci. Bullshit. Bo o ile obiad rzeczywiście można zjeść w pracy bądź na mieście, zakupy zrobić przez internet z dostawą do domu, a raz na dwa miesiące wynająć panią Helenkę do posprzątania mieszkania i umycia okien, tak zdrowej relacji z dziećmi, współmałżonkiem i resztą rodziny nie zbuduje się ani na odległość, ani za pośrednictwem messengera. Do trwania rodziny potrzebna jest ostoja – kobieta i mężczyzna, mówiący jednym głosem albo inaczej, patrzący w jednym kierunku. Ale uwaga, kobieta wspierana przez swojego partnera, który nie tylko pomoże w utrzymaniu materialnym tego domu, zapewniając choć minimum potrzebne do egzystencji, lecz również pomagającego w rodzinnych obowiązkach, uczestniczącego w wychowaniu dzieci i dbającego o to, by żona znalazła w tym codziennym zabieganiu choć chwilę dla siebie. I dla dobra wszystkich.

 

fot. Pixabay

Co kilka tygodni w prasie i internetach można przeczytać lamenty, że kobiety rezygnują z pracy przez program „500+”. Pomijając akurat w tym momencie ideę programu i wszystkie związane z nim aspekty, czy nie zastanawia Was, dlaczego matce bardziej opłaca się zostać w domu z dziećmi niż iść do pracy na 8-12 godzin za pensję uwłaczającą jej godności? Tak, wiem, żadna praca nie hańbi. Praca kobiet w domu także nie. Ale pora nareszcie ją docenić, zauważyć, że bycie żoną i matką to zajęcie na cały etat, z którego, co zauważam po części dalszych znajomych i po odważnych, pisanych z imienia i nazwiska komentarzach w mediach społecznościowych, coraz więcej kobiet i dziewczyn rezygnuje. Wolą rozwijać się zawodowo lub wieść życie bez tego rodzaju odpowiedzialności, jaki niesie ze sobą decyzja o nowym, kompletnie zależnym od ciebie człowieku. Nie biorą na siebie balastu, który być może kiedyś przytłoczył ich matki i babcie. Nie mnie to oceniać. Ale walczyć już tak. Walczyć o to, by praca w domu i opieka nad dziećmi była szanowana i zauważana.

Umyłaś okna, jak ja wczoraj? Zrobiłaś większe niż dotychczas zakupy i porządki? Pamiętałaś o rozliczeniu z fiskusem (już połowa marca!), zaczęłaś planować wakacje? Za to wszystko w firmach i na tzw. wolnym rynku płaci się, czasem niemało. Zatem pora na nagrodę i dla Ciebie. Kup sobie książkę albo idź na masaż. Zrób coś tylko dla siebie, choćby miała to być szybki wypad do Rossmanna czy na bazar po nowalijki (choć z tym się lepiej jeszcze wstrzymać, mrozy wracają). Idź pobiegać, na co najmniej 40 minut. Zresetujesz głowę, zrobisz coś dobrego dla ciała. Myśl o sobie dobrze, w końcu jesteś kobietą pracującą. Wyluzuj. Brudna podłoga to nie koniec świata, podobnie jak frytki na obiad czy parówki na kolację (byle nie za często!). Ważniejsze jest, byś miała nadal o czym rozmawiać z mężem przy kuchennym stole, byście się nie mijali, wymieniając w smsach listę spraw do załatwienia. Warto żyć ze sobą, nie tylko obok siebie – powiedział mi ostatnio mój mądry mąż. Posłucham go. Idę spać, jutro też jest dzień. Będzie dobry na tyle, na ile sama będę o sobie dobrze myśleć, czego zresztą i Wam życzę. Wiosna za pasem ;-)