Kobieta Retro

Nic nie boli tak, jak życie*

23 marca 2018 – dwa dni po Światowym Dniu Zespołu Downa to kolejny polski Czarny Piątek – dzień protestu środowisk okołokobiecych oponujących przeciwko zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej. W mojej parafii obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, a mnie łzy płyną po policzku, kiedy biegam. Jest mi tak bardzo smutno, że to życie, o które tak wielu chce walczyć staje się kością niezgody i ratując jednych, skazuje na agonię drugich.

Nie lubimy inności. Wbrew temu, co o sobie lubią myśleć Polacy, nie jesteśmy ani otwarci, ani tolerancyjni. I dotyczy to nie tylko zajmowania stanowiska w sprawie przyjmowania uchodźców czy „tolerowania” gejów, grubasów, rowerzystów i wegetarian. Dotyczy to naszych codziennych wyborów. Na każdym kroku oceniamy i obsmarowujemy tych, którzy wyglądają i zachowują się inaczej. Za chuda, za gruba, za mądra, za głupia, bogata, pyskata i śmieszna. Tak o sobie wzajemnie piszą ludzie, nie tylko kobiety, na forach i grupach o tematyce dowolnej, bo w kwestii oceny innych podstawa merytoryczna dyskusji dość szybko odchodzi na dalszy plan, gdy pojawiają się głosy z dwóch stron barykady.

Właśnie, dwóch stron. Tak się bowiem składa, że w ostatnich latach społeczeństwo nam się mocno spolaryzowało. Mówiąc prościej: jesteśmy podzieleni jak jasny gwint. Powodów, by skakać sobie do gardeł jest całe mnóstwo, a palmę pierwszeństwa wśród nich pełni temat dzietności. Bo jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o kasę, zwłaszcza kasę z worka o podwójnym dnie, czyli programu „500+”. To z jego powodu przyglądamy się na ulicy krzywym okiem rodzinie czy matce z dwójką lub trójką dzieci (znam z autopsji), podśmiewujemy na rodzinnych spotkaniach i w autobusie wracając z pracy. Dziś posiadanie więcej niż jednego dziecka jest nie tylko niemodne, ale wręcz oburzające dla większości społeczeństwa, dla ludzi, którzy gdyby mogli złapaliby delikwentkę za poły płaszcza i rzucili w twarz: „jak śmiesz? z moich pieniędzy?!”. To nic, że tych pieniędzy ogólnie za wiele nie ma, bo szef w firmie „zapomina” płacić albo składki, albo pensję – lub jest ona wypłacana przynajmniej w części „pod stołem”. To nic, że te pieniądze wcale nie są wyłącznie przejadane, lecz naprawdę wyrwały wiele rodzin ze skrajnego ubóstwa, pozwoliły pokazać coś więcej niż rodzinną wieś czy małe miasto, kupić nowe buty zamiast kolejny rok donaszać stare po rodzeństwie. Liczy się fakt, że „kiedyś tego nie było, każdy musiał radzić sobie sam. A teraz dziecioroby żyją na mój koszt, z moich podatków. I ch*j.”

Sama pochodzę z bardzo skromnej rodziny, w której na zbytki pieniędzy nie było. Przed każdym kolejnym rokiem szkolnym robiłam listę ubrań, z których wyrosłam i których bezwzględnie potrzebuję – nie zaś takich, które podobały mi się albo były modne. Zakupy robiło się na bazarze, bo na butiki nie było nas stać; dużo ubrań miałam także po starszych siostrach i kuzynach. Czasem, na specjalne okazje, doczekałam się czegoś extra – szytej na miarę sukienki, płaszcza czy spódniczki. Nie przyszłoby mi do głowy protestować, bo wiedziałam, że z kolejarskiej pensji i renty po mamie nauczycielce mój tata nie poszaleje. Najpierw trzeba było opłacić rachunki i zobowiązania, kupić jedzenie, niekiedy lekarstwa, a dopiero potem dysponować ewentualną nadwyżką. Niekiedy ta nadwyżka wystarczała na szkolny wyjazd czy książkę do czytania, choć w dużej części do moich wakacji dokładała się dorosła, pracująca siostra, a w kwestii książek byłam od najmłodszych lat stałą bywalczynią bibliotek.

Mimo tego byłam szczęśliwym dzieckiem, choć trzecim w kolejce. Mając dużo starsze siostry, z których jedna właściwie wychowywała mnie z tatą po wczesnej śmierci mamy, komitywę do zabawy musiałam zawiązać z dzieciakami z bloku, a nawet z jednej klatki. Musiałam i chciałam, tak się bowiem złożyło, że byłyśmy w podobnym wieku, nasi rodzice w większości lubili się, ufali sobie i jak w wielu miejscach w Polsce wychowywaliśmy się kolektywnie. Niektóre znajomości, ku mojej wielkiej radości, przetrwały, przynajmniej w wersji internetowej, do dziś. Inne odeszły w nicość, bo smutki i przykrości z młodych lat jakoś nie mogą wyjść z głowy i z serca i choć wybacza się pewne kwestie, to nie o wszystkich się zapomina.

Żyliśmy w tym swoim małym światku z chlebem z masłem i cukrem na śniadanie, zalewajką na obiad i zrywanymi prosto z krzaka świeżymi pomidorami na kolację. Bawiliśmy się przy murku i trzepaku, graliśmy w gumę i „wywołuję-wywołuję”, zjeżdżaliśmy z górek na sankach albo własnych tyłkach, a rany leczyliśmy babką lancetowatą, z której korzeni „wróżyliśmy”, ile kto będzie miał dzieci.

Ja całe życie chciałam mieć dwójkę. Zdrowych, mądrych, najlepiej również ładnych bobasów – oczywiście, najchętniej chłopca i dziewczynkę. Chichot losu sprawił, że mam trójkę. Dziś mówię i piszę o tym dokładnie tak, choć półtora roku temu do śmiechu bynajmniej mi nie było – delikatnie mówiąc. Miałam prawie „odchowaną” dwójkę kilkulatków, miałam jedną pasję (bieganie) i widoki na kolejne, chciałam zmienić pracę, w której się nudziłam i nie odnajdywałam, planowałam wyjazdy nie tylko wakacyjne i rozwój swojego biznesu w nowym kierunku. Diagnoza lekarska obróciła wszystko w pył. O tym, co wtedy przeżywałam, wiedzą tylko naprawdę najbliżsi znajomi. Od innych się odwróciłam, zamknęłam w sobie i próbowałam na nowo poukładać swoje życie – życie w piątkę.

Podobno – o czym przeczytałam na profilu Natalii Fiedorczuk-Cieślak, autorki fenomenalnej wiwisekcji na temat współczesnego macierzyństwa, czyli nagrodzonej nagrodą Nike książki „Jak pokochać centra handlowe” – to nie feministki-karierowiczki najczęściej chcą dokonywać aborcji. Cytuję Natalię: Według danych, które przytacza w swojej książce Katha Politt, amerykańska działaczka ruchu pro-choice: osobami, które w Stanach Zjednoczonych podejmują najczęściej decyzje o przerwaniu ciąży są matki dwójki i więcej dzieci. Nie pustobrzuche egoistki, chcące swoje okienko płodności przetracić w egzotycznych podróżach, na imprezach i przypadkowym seksie bez konsekwencji - jak twierdzą przedstawiciele ugrupowań anti-choice, lepiąc z antykobiecych stereotypów swojego słomianego chochoła "aborcjonistki".

To oznacza, że jestem w grupie ryzyka. A mimo to nie usunęłam ciąży, z którą długo mi nie było po drodze. Nasze mieszkanie, podobnie jak mieszkanie Natalii Przybysz, było za małe na trzecie dziecko – ale na szczęście nasze serca były na to dziecko wystarczająco duże. Czy jest nam teraz łatwiej, gdy Junior jest już z nami? Wolne żarty. Codzienność przygniata czasem tak bardzo, że tracę oddech. A mimo to trwam. Bo mam dla kogo żyć.

Co by się jednak stało, gdyby mnie zabrakło? Moje dzieci wychowywałyby się bez matki. To trauma na całe życie, wiem o tym aż za dobrze. Można nie mieć nowych dżinsów, tableta, a wakacje spędzać na RODOS (Rodzinne Ogródki Działkowe Ogrodzone Siatką), ale pustki po matce nie wypełni nikt i nic.

Dajcie Polkom wybór. Uwierzcie w nas. Pozwólcie poczuć się pełnoprawnym człowiekiem, a nie tylko maszynką do rodzenia, gotowania, sprzątania i obsługiwania wszystkich po kolei członków rodziny. Kobieta pracująca w domu, o czym pisałam niedawno, nie dość, że nie ma szans na emeryturę, to jeszcze uzależnia się ekonomicznie od swojego męża/partnera – a stąd już tylko krok do tragedii. Dzieciom trzeba poświęcać czas, mieć dla nich wiele uwagi i cierpliwości, ale także sił i zdrowia. Skąd to wszystko ma czerpać jedna, sama kobieta? Powiecie: ma męża. Ale mąż pracuje, zarabia na dom. Ich światy rozjeżdżają się, bo ileż można rozmawiać o rachunkach do zapłacenia, lekcjach do odrobienia i o tym, co na obiad? Rodzina i dobry związek są wtedy, gdy małżonkowie są partnerami, gdy wspólnie decydują o mniejszych i większych sprawach. Wtedy, gdy ona i on mają pasje i „coś swojego”, ale także coś wspólnego, niekoniecznie związanego wyłącznie z domem i rodziną. Każdy z nas potrzebuje odskoczni, dla higieny umysłowej i emocjonalnej. Również kobieta nie powinna być tylko żoną przy mężu, bo robi sobie w ten sposób krzywdę. Krzywdę, która zaboli po latach. Chyba że jej sensem życia jest wyłącznie rodzina i dobrze się z tym czuje - nie mnie oceniać, który model jest lepszy. Wiem jednak, że o szacunek dla kobiet powinnyśmy walczyć wszystkie.

Jestem mamą z wyboru, tak, jak Natalia Fiedorczuk-Cieślak i wiele innych wspaniałych i mądrych mam. Ale jestem też kobietą-pracownikiem, kobietą z pasją i jeszcze nie dawno własną działalnością, kobietą z pomysłami, chęcią pomocy innym (stowarzyszenie, fundacja), kobietą towarzyską i, uwaga, wierzącą. Wierzącą w Boga i ludzi, czasem nawet wierzącą w siebie.

Nie można stawiać jednego życia ponad inne. Moje życie jako kobiety i matki jest tak samo ważne, jak życie mojego dziecka, mojego męża i bezdzietnej koleżanki. Trzeba je chronić, a tą ochroną niech będzie pewność jutra. Tylko tyle i aż tyle. Pewność, że kiedy znów się obudzę w tym pięknym kraju nad Wisłą, będę mieć zdrowie, siły i pieniądze tak bardzo potrzebne do wychowania tej „przyszłości narodu”, którą są moje i nie tylko moje dzieci. Muszę mieć pewność w głosie, gdy będę pokazywać dzieciom, że świat jest piękny, a ludzie dobrzy. Żebym tylko znowu w to sama uwierzyła…

 

* Nic nie boli tak, jak życie – wydana w 1997 roku płyta zespołu Budka Suflera, zawierająca piosenkę o takim samym tytule