Kobieta Retro

Na chorobę ci to wszystko?!

Przyszła kryska na matyska. Nie pomogło zaklinanie rzeczywistości, bieganie zimą, codzienna porcja wody miodowej z cytryną, sok malinowy i imbir do herbaty, warzywa i owoce zamiast słodyczy i chipsów. Ach, już widzę ten triumf w oczach niedowiarków: i na co ci to było? Kebaba byś zjadła, colą albo piwem od męża popiła, a nie jakieś owsianki i biegi uskuteczniasz. Jak masz być chora, i tak będziesz! Na wirusy nie ma mocnych…

Z faktami dyskutować nie będę, choć mówiąc wprost zgadzam się wyłącznie z ostatnim zdaniem: na wirusy nie ma rady. W momencie, gdy wydawało mi się, że ostatnia zimowa fala przeziębień naszych dzieciaków przechodzi nareszcie do historii, dopadło i mnie. Chore gardło, skoki wysokiej temperatury, zawalone zatoki, nieprzyjemny posmak w ustach oraz brak ochoty i sił na cokolwiek, na czele z jedzeniem. Nie ma biegania, nie ma niczego. Co w tej sytuacji robi Kobieta Retro? Wyciera nos, otrzepuje piórka, robi maseczkę i planuje zakupy, na które – chwilowo pozbawiając się tej przyjemności – wysyła męża.

A na liście zakupów, nieugięta, ma wciąż te same superfoodsy i inne składniki na podwyższenie odporności. W końcu wiosna za pasem, forma o sobie nieśmiało przypomina, plany na najbliższe tygodnie bardzo ambitne – nie poddam się tak łatwo! W obranej strategii upewnia mnie lektura artykułu w najnowszym numerze „Twojego Stylu”, w którym swoimi sposobami na walkę z chorobą (jako profilaktyka i w pierwszych dniach) dzielą się lekarze: pediatra, internista i lekarz rodzinny (uwaga, biegacz-maratończyk).

 

 

Wszyscy oni zgodnie podkreślają, że po pierwsze odporność – i zdrowie w ogóle – buduje się w jelitach i w całym układzie odpornościowym. Zatem naprawdę nie od parady są te wszystkie rady, by zadbać o zdrową dietę, jeść jak najmniej przetworzonej żywności i napojów, pić dużo wody, uważać z napojami typu kawa i herbata, a po suplementy sięgać dopiero w ostateczności – i to też po wybrane, czyli probiotyki i prebiotyki, zarówno w formie pastylek, jak i naturalnej (kiszonki – ogórki, kapusta, zakwas buraczany oraz baterie jogurtowe). Oczywiście, osobne wspomnienie należy się witaminie D, która naprawdę znakomicie wpływa na odporność, o czym przekonaliśmy się niedawno u naszej niespełna 6-letniej Oli.

Niezbyt dobrą prasę ma od dłuższego czasu gluten i nabiał, a konkretnie – laktoza. Wiele osób, nawet nie wiedząc, czy rzeczywiście ma „problem” z wymienionymi wyżej, na wszelki wypadek decyduje się na modną eliminację. Ja osobiście modę lubię w szafie, a nie na talerzu, więc w kuchni kieruję się przede wszystkim zdrowym, nomen omen, rozsądkiem, co nie oznacza jednak, że mojej uwadze uchodzą tak popularne w ostatnim czasie warzywne smoothies czy przepisy na ciasta z fasoli (próbowałam, na razie nie planuję powtarzać ;-).

 

fot. Pixabay

Reasumując, nie do przecenienia są wciąż naturalne składniki, takie jak:

miód (rozpuszczany w chłodnej, nie w gorącej wodzie), sok z malin, imbir, cytryna i natka pietruszki, papryka (ma więcej witaminy C niż cytryna i natka pietruszki razem wzięte!), kiszonki (kapusta, ogórki – byle spożywane na surowo), zakwas buraczany i buraki w ogóle, orzechy, kasze (jaglana i spółka), z przypraw: cynamon, kardamon, kurkuma, goździk.

Mam świadomość, że wcielanie tego wszystkiego do codziennej diety nie jest łatwe zwłaszcza dla kogoś, kto ma na głowie cały dom i pracę zawodową, czyli dla nas, kobiet, ale wierzę, że ta inwestycja czasowa w przygotowanie zdrowych posiłków zwróci się nam z nawiązką. Ne wiem, jak wy, ale ja zdecydowanie wolę wydać majątek w warzywniaku niż w aptece. I choć na nadmiar mocy przerobowych bynajmniej nie narzekam, to liczę na to, że czas spędzony w kuchni przyniesie odstresowanie i zdrowie całej rodzinie, nie mówiąc o przyjemności wspólnego posiłku i smakowania.

Przede mną mocny sezon startów i sporo nowych wyzwań, także zawodowych, dlatego gdzieś po cichu liczę, że naładowane naturalnymi substancjami baterie nakręcą mnie do działania, czego i Wam życzę. Niech miód będzie z Wami!