Kobieta Retro

Najsmaczniejsze faworki świata, czyli świętujemy koniec karnawału

Faworki. Znane z dzieciństwa rozkosze podniebienia nie tylko na karnawał, choć, trzeba przyznać, głównie z nim kojarzone. A konkretnie – z Tłustym Czwartkiem i z Ostatkami. Jako że oba „święta obżarstwa” już za pasem, podrzucam, niemalże ciepły, przepis na najsmaczniejsze faworki świata.

Przepis zakłada jedną porcję, ale ja Was od razu namawiam na jej podwojenie. A co będziemy sobie żałować! Po pierwsze, także okazje, jak już wspomniałam, są dwie. Tłusty Czwartek już pojutrze, więc to ostatni dzwonek, by zrobić zakupy i zaplanować kilka godzin w kuchni. I na wszelki wypadek nie jeść za wiele w środę… Weekend ostatkowy także zbliża się wielkimi krokami i jeśli ktoś z różnych powodów nie planuje wygibasów na parkiecie, może sobie powetować szaleństwami z chrustem – bo tak też nazywane są faworki, zwłaszcza te przygotowywane w naszej rodzinie. Lekkie, chrupiące (wręcz łamiące się!) i rozpływające się w ustach. W wysmakowanym towarzystwie cukru pudru. Wspomnienie beztroskiego dzieciństwa, w którego słowniku nie było słowa „fit”, ale raczej „dobroci”.

Muszę się Wam do czegoś przyznać. Choć kolejne tygodnie treningów przygotowujących do wiosennych startów upewniają mnie w tym, by myśleć o sobie jako o sportowcu (amatorce, a jakże, ale sportowcu), to jednak pewnych rzeczy nie przeskoczę. A jedną z nich jest… łakomstwo. Jeśli to nie oksymoron, dodam: kontrolowane łakomstwo. Czyli takie, które pozwala mi obżerać się faworkami do upadłego, ale zachowując choć skrawek miejsca dla zdrowego rozsądku podpowiada, że środę przed Tłustym Czwartkiem to należałoby na sałacie i brokule przeżyć (na szczęście już czekają w lodówce), zaś w piątek przebiec co najmniej 12 kilometrów…

Czy plan wypali, okaże się wkrótce, tymczasem podaję przepis i życzę smacznego!

Gwoli ścisłości: poniższa receptura jest kompilacją przepisów, które funkcjonowały w mojej rodzinie przez lata i przepisu mojej teściowej, której faworki są równie przepyszne, co nasze – dodam bez krygowania się. Wszystko uzupełniłam radami i praktycznymi patentami, których pochodzenie nie zawsze jest mi znane, ale wiem, że działają.

 

 

NAJSMACZNIEJSZE FAWORKI ŚWIATA

 

2 szklanki mąki (najlepiej tortowej, typ 450)

1 łyżeczka proszku do pieczenia

4-5 żółtek

4 czubate łyżki stołowe kwaśnej (18%) śmietany (kup większe opakowanie!)

1 łyżka stołowa octu lub spirytusu (ja wolę spirytus)

2-4 kostki smalcu do smażenia

2 średnie ziemniaki

cukier puder do obtoczenia/posypania

w miarę pusty żołądek, ewentualnie woda do popicia

 

Zagnieść ciasto z podanych składników. Jeśli będzie zbyt twarde i zbite, dodawać śmietany, aż do uzyskania pożądanego efektu. Wyrabiać je przez około kwadrans, aż zaczną pojawiać się pęcherzyki powietrza. Ma być stosunkowo sprężyste.

Potem włożyć ciasto w folii spożywczej do lodówki na około godzinę, by odpoczęło.

Po wyjęciu z lodówki rozwałkować cienko, najlepiej bez podsypywania mąką stolnicy czy blatu.

Wycinać długie i wąskie prostokąty z dziurką w środku, przez które przekłada się końcówki „krawata”.

Smażyć na dużej patelni lub w szerokim garnku na bardzo dobrze rozgrzanym smalcu, przez około minutę na każdą stronę – zdejmować jako złociste. Najlepsze do przewracania są 2 widelce. Co jakiś czas warto do rondla wkroić kawałek ziemniaka – tłuszcz nie będzie nadmiernie spalał się. Co jakiś czas smalec trzeba wymienić na świeży.

Jak ostygną, faworki można obtaczać w pudrze. Jeśli dotrwają. Bo u mnie w dzieciństwie tylko część doczekiwała tego momentu… ;-)

Do dzieła!