Kobieta Retro

Back to… Amy* tekst archiwalny

Amy Winehouse – myślę, że większości z Was nie trzeba jej przedstawiać. Była gwiazdą najpierw list przebojów, a potem również tabloidów i innych szmatławców, także tych telewizyjnych. Choć w tym drugim przypadku powinnam raczej napisać: ofiarą. W swym dokumencie reżyser Asif Kapadia sugeruje również, że była ofiarą swoich najbliższych, przede wszystkim ojca Mitcha oraz narzeczonego i męża – Blake’a. Jak było naprawdę już się nie dowiemy, niemniej film warto zobaczyć nie tylko ze względu na postać Amy Winehouse, ale także ku przestrodze – by przekonać się, jakie dramaty, a czasem wręcz ludzkie tragedie rozgrywają się w wydawałoby się pięknym i kolorowym świecie show biznesu.

Na początku chciałam zaznaczyć, że nie jest to recenzja filmu „Amy”. Dokument ten oglądałam kilka dni temu, a do dziś w odtwarzaczu na zmianę tkwi „Back to black” i „Frank”. Słucham fenomenalnego głosu Winehouse, czasem podśpiewuję teksty i nucę wpadające w ucho melodie (zwłaszcza z bardziej przystępnego „Back to black”) i myślę sobie, jak bardzo nieszczęśliwa musiała być ta dziewczyna.

Wielki talent, który pociągnął ją na dno. Jedno z ostatnich zdań w filmie, które – jeśli wierzyć reżyserowi – wypowiedziała w zasadzie tuż przed śmiercią, brzmiało mniej więcej tak: „Rzeczywiście nieźle śpiewam. Ale jeśli mogłabym, oddałabym to w zamian za spokój”. W innym wywiadzie padło: „Sława to jakieś gówno. Nie chcę być sławna, ja chcę śpiewać”. Ale na swoje nieszczęście trafiła w maszynkę przemysłu muzycznego i medialnego, który potrafi zarówno stworzyć gwiazdę, jak i strącić ją z firmamentu. Pecunia non olet – skąd my to znamy, prawda?

Tezy Kapadii trudno nie rozszyfrować: Amy umierała na długo przed lipcem 2011 roku, a była to śmierć z samotności. Z filmu wyłania się bowiem obraz małej dziewczynki (z upływem lat w ciele młodej kobiety), która do końca nie uporała się z odejściem od rodziny jej ojca (w filmie pada zdanie, że „Amy niemal całowała ziemię pod jego stopami”), nie akceptowała swojego ciała (chorowała na bulimię), a jakby tego było mało nie miała również szczęścia do facetów – zwłaszcza jednego, Blake’a, który bezceremonialnie ją wykorzystał (i namówił do brania twardych narkotyków), a potem porzucił (powodem rozwodu była też podobno jej zdrada). Mówiąc brutalnie, na coś się jednak przydał – gdyby nie ich burzliwy związek, nie byłoby takich hitów jak „Just friends”, „Love is a losing game”, „Tears dry on their own” czy tytułowy „Back to black”.

Jest takie powiedzenie: wybrańcy bogów umierają młodo. Tuż po śmierci Winehouse gazety rozpisywały się o jej dołączeniu do słynnego „klubu 27” – grupy młodych gwiazd, które zakończyły swój żywot w wieku 27 lat, często zresztą tragicznie (byli to m.in. Jimi Hendrix, Janis Joplin, Jim Morrison czy Kurt Cobain).

Ja natomiast swoją tezę spuentuję innym powiedzeniem: wielka sława to żart. Bo nawet jeśli osiągniesz po ludzku mierzony (zwłaszcza finansowo) sukces, a sam siebie nie będziesz cenił, nie ucieszą cię ani miliony na koncie, ani poklask tłumów. Amy Winehouse chciała kochać i być kochaną, chciała mieć dzieci i robić to, co kocha – śpiewać. Tymczasem została wywindowana, a potem zniszczona.

Żal tym większy, że z takim talentem (według jednej z przyjaciółek sama uważała się za wokalistkę jazzową, nie za piosenkarkę) mogłaby osiągnąć dużo więcej. Była rok starsza ode mnie, też lubiła styl pin up girls. Niepokorna, inteligentna, wrażliwa – tzw. dziewczyna z sąsiedztwa, ale z głosem jak dzwon. Kiedy zgasły światła po pokazie filmu zdałam sobie sprawę, że z jednej strony strasznie mi jej żal, a z drugiej – niczego jej poza tym głosem nie zazdroszczę. Czasem warto mieć mniej, ale żyć. Do usłyszenia kiedyś po drugiej stronie, Amy!

 

* tekst napisany 25.08.2015