Kobieta Retro

Biega, bo nie widzi przeszkód. Rozmowa z Marcinem Grabińskim

Biega, mimo iż widzi zaledwie 3% tego, co widzi zdrowy człowiek. Ma rodzinę i pasję, która coraz bardziej rozpycha się w jego życiu. Ma też plany i marzenia, wśród których jednym z największych jest start w biało-czerwonych barwach w Igrzyskach Olimpijskich w Tokio w 2020 roku. Zapraszam do lektury naszej rozmowy!

 

MARCIN – SPORTOWIEC

 

Znam historię Twoich biegowych początków. Dziś, gdy biegasz już prawie profesjonalnie, biorąc pod uwagę choćby dystanse i zawody, w których bierzesz udział, masz jakiś całościowy obraz tej swojej pasji? A może przywołujesz w pamięci jakieś wyjątkowe dla Ciebie wydarzenia lub wspominasz ludzi, którzy Cię ukształtowali, którym coś zawdzięczasz?

Tak, mam wiele wspomnień związanych z bieganiem, wielu spotkanych na mojej drodze ludzi i jeszcze więcej przygód. Uskładało się przez te kilka lat. Szczególnie wspominam mojego wujka Tomka, dzięki któremu złapałem bakcyla do maratonów. Początkowo samo bieganie było formą dodatkowego treningu, gdyż głównie ćwiczyłem na siłowni. Teraz, patrząc z pewnym dystansem mogę stwierdzić, że pewnie nadal biegałbym maratony w granicach 3:30:00-4:00:00, gdyby w moim życiu nie pojawili się ludzie ze Stowarzyszenie Na Tak z Poznania i Evangelisches Johannesstift z Berlina.

To oni uwierzyli we mnie i zaprosili do swojej inicjatywy Run of Spirit, proponując rolę ambasadora. Tam też poznałem innych ambasadorów, takich jak mój późniejszy kolega z Kenii, niewidomy mistrz para olimpijski Henry Wanyoke.

Run of Spirit, jego działacze i sympatycy oraz Henry dali mi wewnętrzną siłę, dzięki nim stawałem się coraz lepszym sportowcem. Niejako w podzięce, to m.in. dla nich zrobiłem dwa projekty z moim przyjacielem i wieloletnim przewodnikiem Markiem Kapelą.

Pierwszy polegał na tym, że na kolejną edycję Run of Spirit postanowiłem dojechać nie pociągiem, a… rowerem. Miałem wtedy ciężką kontuzję, złamanie kości piszczelowej, zatem wydawało się to dość karkołomnym wyzwaniem. Wyruszyliśmy z Markiem na tandemie z Lublińca do Berlina. To ponad 500 kilometrów! Tam przebiegliśmy dystans 10 kilometrów i do domu wyruszyliśmy, oczywiście także rowerem, nazajutrz po imprezie. Cała przygoda zajęła nam 6 dni. Pokonaliśmy wtedy dystans ok. 1150 km na rowerze i 10 km biegiem. Następnego roku poszedłem o krok dalej i w już pod hasłem „Biegnę, bo nie widzę przeszkód” pobiegłem charytatywnie z Berlina do Poznania. 300 kilometrów w 3 dni, a ze mną Marek Kapela i kolejny wspaniały przewodnik i przyjaciel, Andrzej Zyskowski. To było moje pierwsze tego typu wyzwanie. Udało się! Dlatego myślę, że Run of Spirit ukształtowało mnie jako sportowca. I dzięki temu wiem, że jeśli sobie coś postanowię, mogę tego dokonać.

Opowiedz proszę o bieganiu z przewodnikiem. Obecnie jest nim Marcin Kęsy. Jakie były Wasze biegowe początki, jak wyglądają treningi, a jakie macie plany na bliższąi dalszą przyszłość? Czym według Ciebie powinien charakteryzować się wyjątkowy, dobry przewodnik?

Miałem wielu przewodników. Ostatnio został nim Marcin Kęsy. Poznaliśmy się około półtora roku temu, przez moich kolegów. Poszukiwałem wtedy przewodnika na półmaraton w Poznaniu w 2017 roku. Ostatecznie w tamtych zawodach wtedy nie wystąpiliśmy razem, ale tam się poznaliśmy i złapaliśmy kontakt. W sierpniu 2017 roku pojechałem z Marcinem na obóz z jego nowo powstałym klubem PRO366, do którego zresztą później wstąpiłem. Zgodnie z rekomendacją Marcina rozpocząłem również współpracę z trenerem, Sebastianem Papugą.

Ogromnym wyzwaniem dla nas są treningi. Dzieli nas odległość ponad 260 kilometrów. To bardzo dużo, bo w zasadzie uniemożliwia to wspólny trening na co dzień. Jedyną szansą są dla nas wspólne obozy. Podczas zawodów rangi mistrzowskiej biegamy na pasku, ja mam założoną opaskę i zaklejone oczy, dlatego jestem zdany wyłącznie na Marcina. To oznacza, że musimy dograć krok, ruch ręki itp.

Natomiast w domu trenuję w towarzystwie kolegów, którzy asekurują mnie, jadąc na rowerze. Czasem ryzykuję i wychodzę sam na znanych mi ścieżkach, ale tylko ja wiem, ile mnie to kosztuje wysiłku, jak ciężko jest pokonać barierę strachu. Wyobraź to sobie: przed oczami masz cały czas mgłę, takie migające kropeczki. A mimo to… biegniesz. Oczywiście, zdarzają się wypadki, ale najważniejsze dla mnie to zwyciężyć w sobie ten lęk.

W jednym z wywiadów przeczytałam, że w treningach stosujesz echolokację. Opowiesz, na czym to polega?


Oj, nie wiem czy to jest echolokacja, czy raczej nazwałbym to szóstym zmysłem. A może jeszcze inaczej: biegam wszystkimi zmysłami. Kiedy się poruszam słyszę wyraźniej i czuję podłoże, mimo że go nie widzę. Poza tym, uwielbiam wdychać zapach rozgrzanego tartanu, słuchać śpiewu ptaków o poranku i całym sobą obcować z przyrodą: czuć mróz, ciepło itp. Kiedy biegam, czuję, że żyję bardziej, mocniej, a wszystkie zmysły są wyostrzone o 200%.

Marcin Grabiński i Marcin Kęsy przed startem w Biegnij Warszawo w październiku 2018. Tam się spotkaliśmy na żywo.

 

MARCIN – CZŁOWIEK

Marcinie, a jak sobie radzisz na co dzień? Co jest dla Ciebie ograniczeniem, a co – codziennym zwycięstwem?

W moim codziennym życiu istotnym jest plan dnia, lecz jak wiadomo w życiu rodzinnym trzeba być elastycznym. Jako sportowiec potrzebuję mieć wszystko zaplanowane, dograne. Ale choroby dziecka i nieprzespane noce to część życia, której ciężko uniknąć – i trzeba sobie z tym radzić. Zwycięstwo odnoszę wtedy, gdy dzień kończy się zgodnie z wcześniej ustalonym planem, a jeszcze lepiej jest, gdy na trening mogę wyjść z moją rodziną.

Jak wygląda Twój typowy „tydzień z życia mężczyzny”?

Jeszcze około półtora roku temu mój tydzień wyglądał zupełnie inaczej, bo pracowałem na etacie w sanatorium. Obecnie żona pracuje w szkole jako nauczycielka, starsi dwaj synowie są w szkole i przedszkolu, a ja opiekuję się najmłodszym Frankiem – tak, by móc to pogodzić z treningiem i domowymi obowiązkami. Do południa zajmuję się synkiem, a po powrocie żony z pracy wychodzę na trening. Nierzadko to już moje drugie wybieganie danego dnia, bo to poranne jest naprawdę bardzo wcześnie, przed rozejściem się wszystkich członków rodziny do swoich zajęć. Czasem zdarza się, że jakiś znajomy potrzebuje pomocy, więc służę mu jako masażysta. Natomiast wieczory to już czas dla rodziny: mycie, opowiadanie bajek, wspólne leżenie w łóżku itp. Wolne chwile poświęcam na moją drugą pasję, czyli czytanie książek. Jeśli dziwnie to brzmi, to już tłumaczę. Po prostu skanuję całą książkę, którą potem czyta syntezator mowy lub słucham książek w formie audiobooków.

Dlaczego chciałeś być zawodowym żołnierzem? Jak wiemy niestety to się nie udało, ale co takiego miała w sobie armia, że chciałeś zasilić jej szeregi? Czy dziś myślisz czasem: co by było, gdyby…? I jeszcze jedno: czy czujesz się patriotą?

Armia fascynowała mnie od zawsze. Interesuję się historią, fascynują mnie zwłaszcza czasy rycerskie i czasy świetności Królestwa Polskiego oraz nasze narodowe zrywy, zaś żołnierskie hasła, takie jak: „Bóg, Honor i Ojczyzna” nie są dla mnie pustym sloganem. Czułem, że zawód żołnierza był tym, w czym mógłbym spożytkować swoją energię. Namiastkę swojego marzenia spełniłem podczas 10. Maratonu Komandosa, pokonując w lublinieckich lasach 42 km w pełnym umundurowaniu z plecakiem o wadze 10 kilogramów; dodam, że nie tylko nie byłem ostatni, ale wręcz wygrałem kategorię Biegających Medyków.

Co do patriotyzmu. Jestem dumny że mogę nazywać się Polakiem. Jak większość ludzi na Górnym Śląsku mógłbym przyjąć obywatelstwo niemieckie, ale tego nigdy nie chciałem. W życiu kieruję się kilkoma zasadami, przede wszystkim staram się postępować w zgodzie ze swoim sumieniem, słowo jest dla mnie cenniejsze od pieniędzy itp., brzydzę się  kłamstwem i oszustwem. Mam ogromną nadzieję i motywację, że dane mi będzie przywdziać barwy narodowe, biało–czerwone i z orłem na piersi wystąpię w paraolimpiadzie. A tam  postaram się  zdobyć dla Polski jak najlepsze miejsce.

Pracujesz z ciałem innych ludzi, bo jesteś fizjoterapeutą (rehabilitantem) i masażystą. Czy jako osoba niedowidząca potwierdzasz, że inne zmysły, np. dotyk są wyostrzone? Czy to pomaga Ci w pracy?

Ogólnie myślę, że my, ludzie, za bardzo skupiliśmy się na tym, co widzimy, zapominając o innych zmysłach. Owszem, jeśli ten stan niewidzenia trwa dłużej, to z czasem bardziej aktywizujemy inne obszary, np. kiedy masuję lub czytam brajlem mój dotyk staje się lepszy. Chociaż ze słuchem jest trochę inaczej. Mam słuch wybiórczy jak większość mężczyzn i mężów, bo jakoś dziwnie nie słyszę czasem próśb żony, by wynieść śmieci, pozmywać naczynia, posprzątać (śmiech).

Jakie jest Twoje doświadczenie życia w społeczeństwie jako osoba niepełnosprawna? Wiem, że na co dzień odżegnujesz się od tego określenia, ale jeśli ktoś uparłby się, by Cię wtłoczyć w jakieś ramy, to chyba poszedłby tym tropem. Ja osobiście z żalem stwierdzam, że jako naród nie jesteśmy ani tolerancyjni, ani otwarci na szeroko rozumianą inność. A jakie jest Twoje zdanie? Z jakimi postawami spotykasz się najczęściej? Czy radzisz sobie z nimi?

Myślę, że jako społeczeństwo nie jesteśmy gotowi na inność, żyjemy w pewnych ramach, posługujemy się stereotypami, np.: mąż pracuje, a żona wychowuje dzieci, niepełnosprawny jest słabszy, niewidomy nosi ciemne okulary i trzeba do niego mówić głośniej (uśmiech). Jeśli widzimy choćby w sporcie, że niepełnosprawny jest lepszy od nas to myślimy: albo udaje, albo oszukuje. Nie zastanawiamy się nad tym, ile pracy włożył w przygotowanie, ile kosztowało go to wysiłku, aby być w tym miejscu, gdzie jest teraz. Czy mąż, który zajmuje się dziećmi, pierze i gotuje, musi być od razu pantoflarzem, czy może on po prostu kocha rodzinę? Chciałbym na swoim przykładzie pokazać innym, że spełnianie marzeń jest możliwe. Ba! Warto marzyć i dążyć do celu, bez względu na to, co się dzieje i jakie mamy przeszkody.

 

MARCIN – MĄŻ I OJCIEC

 

Opowiesz o początkach Waszego związku? Jak Twoja żona zareagowała na Twoją chorobę? Doczekaliście się trójki synów, więc widać, że miłość trwa, choć,
jak domyślam się, że na co dzień różowo być nie musi. Zatem jak Twoje bieganie wpływa na rodzinę, na codzienne relacje?

Żonę Monikę znam od 4. klasy szkoły podstawowej. Jednak w latach szkolnych nie byliśmy parą, zresztą, od skończenia szkoły, czyli gdy miałem 14 lat, nie widzieliśmy się. Aż do 2008 roku, gdy odnowiliśmy kontakt przez portal Nasza klasa. Przebywałem wtedy w Niemczech, gdzie opiekowałem się chorą po udarze babcią. Po powrocie do kraju zaczęliśmy się spotykać, a rok później wzięliśmy ślub.

Oczywiście, że nie jest różowo jak w każdym małżeństwie są wzloty i upadki. Początkowo moje bieganie było jakąś formą ruchu, potem przerodziło się to w pasję. I choć żona raczej była mu przychylna, to czasem zdarza się jej pogrozić palcem z pytaniem: kto i co jest ważniejsze? Monika jest świadoma, że mam realną szansę występu na paraolimpiadzie i wspiera mnie w tych dążeniach, choć wymaga to poświecenia z jej strony. Jestem jej zresztą za to bardzo wdzięczny, bo dzięki temu mogę się realizować.

Jeśli chodzi o moją chorobę, to czasem jest ona przyczyną nieporozumień, gdyż moja żonka czasem zapomina, że nie widzę i przestawia mi różne rzeczy (śmiech).

Żona wspiera Cię czy jest zazdrosna? Żyje w Twoim cieniu, będąc mistrzynią drugiego planu i „ogarniaczką” codzienności, czy inspirujesz ją do działania na innym, jej własnym polu?

Myślę, że żona nie jest zazdrosna, chociaż nigdy nie zastanawiałem się nad tym. Przy trójce naszych synów mamy tle pracy, że czasem człowiek po prostu wieczorem pada z braku sił. Podziwiam Monię za to, że kiedy wyjeżdżam, ona jest wstanie ogarnąć całą tą naszą trzódkę.

Zdecydowanie, przy trójce dzieciaków jest co robić, wiem to z autopsji. Natomiast czy czujesz, że swoją sportową postawą dajesz dzieciom dobry przykład? Czy jest to dla Ciebie ważne?

Wychowanie dzieci w duchu sportu jest dla mnie bardzo ważne. Nasz najstarszy syn Antoś chodzi na judo oraz często towarzyszy mi w treningach jadąc na rowerze, zaś młodszych zabieram i pcham w przyczepce. Staram się być ich kumplem, gram z nimi w piłkę, czasem walczymy na drewniane miecze, ganiamy się z pistoletami, chodzimy po drzewach itp. Staram się swoim przykładem pokazywać moim synom, jaki sport jest fantastyczny i jak wiele daje możliwości do samorealizacji. Nie zmuszam ich jednak do sportu, to powinien być ich wybór. Moją rolą jest raczej, by ich inspirować i wprowadzać w świat sportu poprzez zabawę. Chciałbym również pokazać innym niepełnosprawnym, że jeśli tylko przełamią barierę w swojej głowie, to mogą wszystko – nie tylko w kwestii sportu.

 

Marcinie, to czego Ci życzyć? Jakie masz marzenia? Nie pytam tylko o te sportowe.

Chciałbym, aby doba była dłuższa, bym miał więcej czasu dla rodziny. Natomiast w kwestii marzeń sportowych, to bez wątpienia należy do nich medal na paraolimpiadzie.

Czyli jesteś szczęśliwy?

Tak, jestem szczęśliwy.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

PS. Autor zdjęcia tytułowego: Piotr Oleszak. https://www.facebook.com/fotografiapiotroleszak/
Dziękuję za zgodę na publikację!