Kobieta Retro

Jeśli nie wiesz, kim jesteś, nic cię nie ocali. „Whitney”

Podobno „wielka sława to żart”. Chyba jednak nie do końca. A w każdym razie, jeśli żart, to i ponury chichot losu, który by człowiekowi dopiec postanawia spełnić jego marzenia. Tak było z Amy Winehouse i z Whitney Houston – wspaniałymi wokalistkami, o których tragicznych losach na przestrzeni ostatnich lat i miesięcy nakręcono ciekawe filmy dokumentalne. Kilka godzin temu wyszłam z kina po filmie „Whitney”, nie do końca udanym, lecz przejmującym w swym przesłaniu. W tle oczywiście piosenki filmowej Nippy, a ja Wam piszę po raz kolejny, dlaczego uważam, że wszystko zaczyna się i kończy w rodzinie.

Od razu uprzedzam. Niestety, nie jest to film wybitny, a tym bardziej – przyjemny. Owszem, usłyszycie w nim wiele piosenek Whitney Houston i pewnie tak jak ja nie będziecie mogli oderwać wzroku od jej prześlicznej twarzy. A kiedy zacznie śpiewać… klękajcie narody. Klękajcie i zapłaczcie nad losem tyle utalentowanej, co skrzywdzonej przez los i przez najbliższych sobie ludzi dziewczyny.

Dokument ma to do siebie, że ponieważ jest oparty na faktach, to finał wszyscy znają. Trudno zatem o zaskoczenie, chyba że mamy na myśli te pytania i wątpliwości, które pojawiają się w trakcie seansu. Reżyser Kevin MacDonald nie miał tej wprawy, co autor filmu „Amy” Asif Kapadia, który głos w sprawie Winehouse oddał jej samej i ludziom z jej otoczenia, ale w głównej mierze w licznych archiwaliach. Tu są przede wszystkim tzw. gadające głowy i mniej lub bardziej udane zbitki z koncertów czy innych medialnych zapisów twórczości Houston. I choć mam świadomość, że na film ten przychodzą raczej fani piosenkarki i inne osoby zainteresowane po prostu jej twórczością, to przyznam uczciwie, że mnie osobiście ta forma nieco zmęczyła. Ale jednego produkcji MacDonalda nie mogę odmówić. Udało mu się stworzyć tak piękny obraz fimowej Nippy (to rodzinny przydomek Whitney), że wychodząc po seansie naprawdę miałam łzy w oczach myśląc o tej nieszczęśliwej kobiecie. I tak po ludzku bardzo chciałabym jej pomóc.

Bo w życiu Whitney, mimo że niemal nigdy nie była sama, najbardziej brakowało właśnie tej zwyczajnej, ludzkiej życzliwości. Na tyle, na ile potrafiła, próbowała jej to ofiarować matka – Emily „Cissy” Houston, także robiąca karierę muzyczną, ale jako piosenkarka soul i gospel. To po niej córka odziedziczyła talent, to z nią ćwiczyła w pierwszych latach, to ona ukształtowała jej wrażliwość nie tylko sceniczną. Ale nie uniknęła też błędów, których podwaliny można upatrywać choćby w cytacie z piosenki śpiewanej przez Cissy: I need a dream to make me strong – pytanie tylko, czyje to było marzenie, matki czy córki? Można przypuszczać, że gdyby matka dowiedziała się o pewnym szczególe z dzieciństwa Whitney i jej braci nie tylko nigdy więcej nie wyjechałaby w trasę koncertową, ale także nie pozwoliła innym niszczyć swego ukochanego dziecka.

Niestety, Whitney nie miała szczęścia do ludzi. Traktowali ją jak bankomat. Nikt nie chciał jej pomóc, bo to dla niego oznaczałoby utratę pięknego dużego domu, drogiego auta – słyszymy w filmie przejmującą prawdę. Dlatego poświęcili ją samą, ukochaną Nippy: ojciec, który najpierw ją okradał, a potem domagał się pieniędzy, bracia, którzy nie widzieli problemu we wspólnym ćpaniu coraz mocniejszych narkotyków, mąż, który bardzo szybko stał się zazdrosny o jej niewyobrażalny talent i nabierającą tempa zwłaszcza po premierze „Bodyguarda” karierę. Zastanawiam się od dłuższego czasu, jak ci ludzie z otoczenia Houston mogli i mogą sobie spojrzeć w lustro.

Choć, mówiąc szczerze, sama Whitney nie powinna zostać matką, bo jej „ofiarą” była z kolei własna córka, Bobbie Kristina. Ale, jak słyszeliśmy z ekranu, jeśli nie wiesz, kim jesteś, nic cię nie ocali. A Whitney nie wiedziała o sobie prawie nic. Chciała śpiewać, dobrze się bawić, lubiła seks i swoje sceniczne życie, ale pozostawała również blisko religii i była pracowita, co udowodniła najpierw wchodząc do świata filmu, a potem – podejmując próby kolejnych odwyków. To niestety nie wystarczyło, by ją uratować, choć bardzo chciała to zrobić Robyn, jej wieloletnia przyjaciółka i asystentka, a nawet, jeśli wierzyć doniesieniom medialnym z ostatnich lat, także kochanka.

Jak było naprawdę i co takiego popchnęło Whitney na dno, wie tylko ona sama. Jedna z kuzynek powiedziała, że ich kochana Nippy była bardzo prostą kobietą. Prostą, ale nie niewinną – bo miała starą duszę. W obliczu jej późniejszej tragedii brzmi to smutnie i proroczo, bo prawdziwej starości Whitney nie doczekała.

Żal mi strasznie tej dziewczyny. Bóg, którego, jak wynika z filmu – znała i w jakimś sensie kochała (vide: jeden z ostatnich jej cytatów, prawdopodobnie z dnia śmierci) – dając olbrzymi talent i urodę zabrał wszystko inne: od spokojnego dzieciństwa przez prawdziwą przyjaźń i oddaną rodzinę aż po szczęście do ludzi i szczęście w miłości.

Szkoda, że cena, którą przyszło jej zapłacić, była aż tak wielka. Ku przestrodze.

fot. Pixabay