Kobieta Retro

Królowa jest tylko jedna

Freddie Mercury – ikona muzyki, ikona popkultury. Wyrazista postać obdarzona olbrzymim talentem. Jak wielu artystów wszech czasów, bohater częściowo tragiczny, zarówno ze względu na to, co przeżył, jak i na smutny, przedwczesny koniec. Mimo to z filmu „Bohemian Rhapsody” tchnie jakaś nadzieja. I miłość. Miłość do muzyki zespołu Queen.

Mam to szczęście, że w świat muzyki od wczesnych lat młodości wprowadzali mnie ważni i pełniący różne role w moim życiu mężczyźni. Nie inaczej było również z twórczością zespołu Queen, której z przyjemnością smakowałam w towarzystwie wtedy jeszcze narzeczonego, Pawła. Odpowiedź na pytanie, z kim idę do kina na „Bohemian Rhapsody” była więc oczywista.

Co ciekawe, była to część świętowania przez nas weekendu 100-lecia niepodległości. Między przedstawieniem w przedszkolu Oli, kiedy to odbieraliśmy z naszą mądrą 6,5-latką lekcję patriotyzmu, a corocznym biegiem niepodległości w Warszawie, którym miałam nadzieję kończyć sezon, wysiedzieliśmy w kinie przeszło dwie godziny w towarzystwie przepięknej muzyki zespołu Queen. To było naprawdę dobre popołudnie. Mimo tego, że sam film do arcydzieł bynajmniej nie należy.

Od razu zaznaczę, że ortodoksyjnymi fanami Freddiego i spółki nie jesteśmy, ale żadne z nas obok takich dźwięków i wyzwalanych przez nich emocji obojętnie przejść nie mogło. Bo w historii tej, jak w wielu podobnych zresztą, właśnie o emocje i uczucia chodzi. Dziś, gdy od projekcji minęło kilka dni, po namyśle stwierdzam, że sama nie wiem, o czym tak dokładnie był „Bohemian Rhapsody”. I to wcale nie dlatego, że nieuważnie go oglądałam. Powodem jest bardziej jego ogólne przesłanie, którego właściwie… zabrakło. Chyba że mamy na myśli epatujące z niemal każdej sceny z udziałem głównego bohatera i zawieszone gdzieś nad głowami zdanie: „Freddie wielkim artystą był”.

Bo taka jest prawda. Ale był też człowiekiem, miał swoje problemy, sprawy z przeszłości do przepracowania. Musiał wiele sobie w głowie poukładać, w czym mu na pewno pomagała muzyka. Z artystami jest już bowiem tak, że ich wrażliwość ma duże przełożenie na pracę. Ale i na życie, na kontakty z innymi oraz z samym sobą. I tak też było z Freddiem. Rami Malek dość dobrze odtworzył postać, która mimo niewątpliwego talentu i charyzmy miała bardzo ludzką twarz, ze swoimi słabościami: do używek, pieniędzy i do nie zawsze właściwych ludzi wokoło. I to mi się właśnie w tym filmie podobało. Pokazał życie (choć o zbieżności z prawdziwym życiem Mercury’ego dyskutować nie chcę, bo zwyczajnie nie znam pełnej jego biografii), klimat tamtych czasów. Kiedy myślę o „Bohemian Rhapsody”, mam przed oczami szczękę głównego bohatera, filmowego Briana Maya, będącego niemal klonem oryginału oraz scenę koncertu Live Aid. Przy czym to ostatnie było oczywiście najbardziej emocjonujące, dość wzruszające i zapadające w pamięć.

fot. materiały prasowe

Niestety, jak napisałam wcześniej, nie jest to według mnie zbyt powalający od strony filmowej obraz i myślę, że do kanonu biografii wielkich gwiazd nie trafi. Niemniej uważam, że swoją rolę spełnił. Na nowo sięgnęłam po muzykę Queen, nawet Szymkowi przy kolacji włączając zamiast zwyczajowego „Weź się przytul” Domagały (uwierzcie mi, on też za tym przepada! nawet się buja w takt) tytułowe „Bohemian Rhapsody”, „Love of my life” czy „Mama”.

Czy zatem polecam…? Tak, polecam. Jako całkiem mimo wszystko zgrabną opowieść o wielkiej postaci ze świata muzyki. A raczej postaciach, bo pozostali członkowie Queen aż za bardzo (według niektórych) zadbali, by ich również było pełno w tej nieco mimo wszystko zbyt polukrowanej (nie tylko w odniesieniu do nich) historii. Ale mam nadzieję, że zamiast dzielić publiczność na ortodoksyjnych, oburzonych lub zawiedzionych fanów Freddiego i spółki oraz resztę, być może niemniej rozkochaną w twórczości Królowej, wszyscy zgodnie zaśpiewamy, kierując gdzieś do góry westchnienie:

I can fly - my friends
The show must go on
The show must go on
I'll face it with a grin
I'm never giving in
On - with the show -
I'll top the bill, I'll overkill
I have to find the will to carry on
On with the -
On with the show -
The show must go on...