Kobieta Retro

Kto się boi Kleru?

Już dawno żaden polski film nie narobił tyle szumu w przestrzeni publicznej co najnowszy obraz Wojciecha Smarzowskiego. Panika, groźby i zakazy oglądania z jednej strony, mocne słowa i wyśmiewanie Kościoła oraz tytułowego kleru z drugiej. A to tylko wierzchołek góry lodowej. Pytanie tylko, czy góra ta z czasem okaże się kolosem na glinianych nogach, czy raczej będzie w stanie podtopić naszą narodową, silnie związaną z katolicyzmem tożsamość.

Jesteśmy bardzo przekornym narodem. Im bardziej nam się czegoś zakazuje, im więcej ogranicza, tym mocniej będziemy chcieli udowodnić, że nie z nami te numery, Brunner. Nieco nerwowo odwołana nagroda Złotego Klakiera dla najdłużej oklaskiwanego filmu festiwalu w Gdyni, listy i wypowiedzi urzędników i polityków, którzy filmu nie widzieli, ale go krytykują i prawie ekskomuniką grożą za obecność w kinie – to wszystko działa lepiej niż najdroższa kampania reklamowa (są na to papiery). Dane z ostatnich dni października wskazują, że od premiery „Kler” obejrzało prawie 4,5 miliona widzów. A do końca wyświetlania zostało jeszcze całkiem sporo czasu.

Cóż takiego jest zatem w najnowszym obrazie Wojciecha Smarzowskiego poza bardzo nośnym, obliczonym na skandal tematem? Czy wystarcza „uderzyć w Kościół”, by osiągnąć sukces kasowy i podzielić już i tak mocno poróżnione społeczeństwo? Czy „Kler” zaszkodzi polskiemu Kościołowi, czy obraża ludzi wierzących i jest jednym wielkim kłamstwem i nadużyciem, czy raczej papierkiem lakmusowym i zwierciadłem, w którym powinni się przejrzeć nie tylko polscy hierarchowie, ale i wierni?

Otóż, według mnie – a z tego, co rozmawiałam z kilkoma osobami, nie jestem w tej opinii odosobniona – film Smarzowskiego jest na wskroś smutnym obrazem nieszczęśliwych ludzi. Każdy z trzech głównych bohaterów, granych odpowiednio przez: Arkadiusza Jakubika, Jacka Braciaka i Roberta Więckiewicza, jest bowiem postacią w jakiś sposób tragiczną. Najbardziej to widać na przykładzie księdza Kukuły (Arek Jakubik), będącego niejako „ofiarą systemu” i „jedynym sprawiedliwym”. Innym typem człowieka jest wiejski ksiądz Trybus grany przez Więckiewicza, o którym najbardziej mogłabym powiedzieć, że nic, co ludzkie, nie jest mu obce. Natomiast jeśli chodzi o postać graną przez Jacka Braciaka… cóż, od chwili obejrzenia „Kleru” szatan ma dla mnie twarz właśnie Braciaka. Tego spojrzenia spod ulizanej grzywki nie da się łatwo zapomnieć.

I bardzo smutne dla mnie jest to, że ci nieszczęśliwi ludzie, wespół z biznesmenem w sutannie i purpurowej piusce zagranym dobrze, ale bez fajerwerków przez Janusza Gajosa, mają być według wielu, bo nawet nie samego Wojciecha Smarzowskiego, wyznacznikiem kondycji polskiego Kościoła. Nie, drodzy widzowie, bynajmniej tak nie jest. Po pierwsze, sam reżyser w niejednym wywiadzie podkreślał, że to tylko wycinek rzeczywistości kościelnej, ukazany tak a nie inaczej, by wzbudzić dyskusję. I to mu się na pewno udało. Po drugie, w miejsce przedstawicieli tytułowego kleru można by wstawić także pracowników korporacji z różnych branży czy np. lekarzy, zaś w warstwie fabularnej wykorzystać towarzyszące ich profesji stereotypy. Wyjdzie zapewne coś podobnego do najnowszego obrazu Smarzola. Ale z drugiej strony zgadzam się z głosami, że ta zdecydowana mniejszość podobnie postępujących księży i kościelnych hierarchów jest na tyle szkodliwa, że doprawia Kościołowi przez wielkie „K” ogromnie krzywdzącą, niesprawiedliwą gębę. Wierzcie mi, że nie zamierzam nikogo wybielać ani bronić. Zło jest złem i trzeba je tak nazywać. Nieważne, czy dotyczy jednostki, którą jest zagubiony i wykorzystany nie tylko seksualnie dzieciak, czy zbiorowości w osobach członków społeczności Kościoła – poddawanej manipulacji czy zwyczajnie oszukiwanej przez hipokrytów, którzy nigdy nie powinni wejść w szeregi duchowieństwa.

Możecie ze mną zgadzać się albo nie, ale według mnie „Kler” cieszy się tak wielką popularnością przede wszystkim dlatego, że jako społeczeństwo mamy dość tego chwiejącego się w posadach sojuszu tronu z ołtarzem. Wszyscy jesteśmy ludźmi i mamy swoje słabości, ale naprawdę nie wszyscy jesteśmy tak głupi i naiwni, by przymykać oko na podwójną moralność czy wręcz hipokryzję ludzi uważających się za przewodników duchowych narodu. Czasy, gdy ze słowami wójta i plebana nie dyskutowano, mamy już za sobą, co widać zwłaszcza w większych miastach i ośrodkach aglomeracyjnych. Stosunki społeczne na bazie feudalizmu i traktowanie kobiet jako „człowieka drugiego gatunku” także już teoretycznie przeminęły. Tymczasem wielu u władzy myśli, że tłumem można manipulować odwołując się do głęboko zakorzenionych instynktów, do tradycji i poczucia bezpieczeństwa, tego ciepła w sercu, które kiedyś dawała wiara w kochającego i sprawiedliwego Boga. A właśnie, czy to naprawdę była wiara w Boga, czy jedynie folklor, swoisty koloryt, który zapewniał nam oprawę rodzinnych uroczystości, dobry nastrój w wigilię lub poczucie trwania w czasach trudnych,  aż nazbyt ciekawych, wojennie i powojennie.

Mnie film Smarzowskiego przygnębił i zmęczył nagromadzeniem zła. I choć wiem, że to konkretny zamysł reżysera, mający wzbudzić dyskusję i chęć zmiany obecnego status quo, to martwi mnie, że przekaz jest aż tak mocny i został sprowadzony do właściwie trzech aspektów: pieniądze, władza i seks, w dodatku z dziećmi i w przeważającej części homoseksualny.

Nie, to wcale nie jest jedyna twarz polskiego Kościoła. Moje i nie tylko moje doświadczenie wskazuje na coś zgoła przeciwnego. Mimo tej mało sprzyjającej od jakiegoś czasu atmosfery społeczno-politycznej nie wyprę się swojej wiary w Boga i nie powstydzę codziennej wieczornej modlitwy. Ale boli mnie, boli i złości to, co robią niemiłościwie nam panujący politycy – ci z sejmu i chyba niestety również z episkopatu. Rząd dusz jest aż nazbyt kuszący, co ukazał akurat bardzo trafnie Wojciech Smarzowski. Ale jeśli czegoś nie zechcemy zmienić, za chwilę będą to martwe dusze albo prowadzone na rzeź barany lub zbliżone mniej lub bardziej do koryta świnie (to także nawiązanie do filmu, bez szczegółów, bo nie chcę spojlerować). Mocne słowa? Oczywiście. Ale ten przekaz musi być mocny. Apokalipsa dzieje się na naszych oczach.  

A co do „Kleru”, to na koniec dodam jedno. Kto z nas jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień. Kościół to ludzie, to wspólnota. Czyli my, wierzący. Nieważne, ilu nas jest. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Błądzić jest rzeczą ludzką, ale na końcu niech zwycięży prawdziwe Dobro i Życie. Amen!