Kobieta Retro

„Najlepszy”, czyli moc w słabości się doskonali – kilka słów o książce Łukasza Grassa

Po tym, jak moja niezbyt pochlebna opinia o filmie „Najlepszy” wzbudziła sporo emocji w kręgach znajomych i nieznajomych postanowiłam, że sięgnę po książkę Łukasza Grassa, by nieco skonfrontować swoją opinię z prawdziwymi losami Jerzego Górskiego. A te, jak się okazało, były rzeczywiście niemal gotowym scenariuszem.

A ten scenariusz to z powodzeniem mógłby stanowić podwaliny dobrego reportażu. Nie sposób nie zauważyć, że Łukasz Grass – dziennikarz, autor książek i triathlonista – wykonał kawał mozolnej roboty gromadząc i scalając rozmaite źródła i materiały. To dzięki niemu poznajemy nie tylko prawdziwą historię Jerzego Górskiego, ale i historię Polski z tamtych smutnych czasów (lata sześćdziesiąte, siedemdziesiąte i ”monarowe” dla bohatera lata osiemdziesiąte). Dowiadujemy się, jak wyglądało codzienne życie i „pokojowe współistnienie” dwóch światów: polskiego i radzieckiego w Małej Moskwie, czyli Legnicy; jak państwo traktowało „problem” narkomanów i na czym polegał fenomen ogromnej pracy Marka Kotańskiego. To oczywiście duży skrót i pewne uproszczenie, niemniej nikomu w ten sposób nie umniejszam. Przyznaję, że mnie osobiście ciężko było przebrnąć przez pierwszą część książki, w której przeważają opisy zmagania Górskiego z narkotykami, sprawami rodzinnymi i sobą samym; jego inicjacja narkotykowa, późniejsze ekscesy na mniejszym lub większym haju, włamania do aptek, odsiadki, próby samobójcze. Oczywiście, doceniam wspomnianą już wartość reportażowo-historyczną, pewne nakreślenie tła i kontekstu późniejszych wydarzeń, jednak nie mogłam się doczekać, aż fabuła nareszcie skręci w kierunku walki z nałogiem i wejścia w pasję, jaką dla bohatera stał się sport. Kiedy to nastąpiło, czytanie stało się nieco większą przyjemnością.

fot. Pixabay

I tak, poznałam życzliwe panu Jerzemu osoby, na czele ze sportowcami: kolarzami – Joachimem Halupczokiem, Zbigniewem Spruchem, Markiem Leśniewskim i Adamem Zagajewskim, trenerem triathlonowym Jackiem Szczurkiem i maratończykiem Antonim Niemczakiem, który stał się jego mentorem i przyjacielem (Górski mieszkał u Niemczaków podczas pobytu w USA, przygotowując się do zawodów). Dowiedziałam się, jak wiele pracy musiał – i przede wszystkim chciał! – włożyć w przygotowania do zawodów, a wcześniej, jak to się stało, że z medycznie pojmowanego „wraka człowieka”, czyli organizmu wyniszczonego przez kilkanaście lat ciężkiego nałogu stopniowo zmieniał się w sportowca wyczynowego. I co z tym dalej zrobił, czyli poznałam m.in. historię organizacji Maratonu Nadziei, który miał uświadomić Polakom, że mak to nie tylko tradycja pieczenia makowca na święta, ale także śmiertelne zagrożenie dla zbyt często pogubionych młodych ludzi.

Książka Łukasza Grassa jest zatem swoistym reportażem i sylwetką człowieka niby z krwi i kości, a jakby też z żelaza – utytułowanego Ironmana. Historią ku przestrodze, ale i dającą nadzieję, że nawet z największego bagna da się wyjść, jeśli masz wolę przetrwania, chęć pracy nad sobą, życzliwych ludzi wokoło i trochę szczęścia (niestety, bez tego ostatniego ani rusz, także i tutaj).

Jerzy Górski z jednego nałogu przeszedł w drugi – i wcale tego faktu nie ukrywa. Sport stał się jego sposobem na życie, a biorąc pod uwagę jego predyspozycje genetyczne, te potwierdzone przez lekarzy sportowych, wcale mu się nie dziwię. Skoro nie złamało go czternaście lat ćpania, to zawody triathlonowe tylko przypieczętowały tę jego wewnętrzną siłę i wolę walki. Jeśli potrzebujecie tego typu motywacji z zewnątrz, nie zawiedziecie się na tej książce. Ja od siebie daję 7/10.

I kończę cytatem. Każdy z nas ma w sobie demony i anioły, złe i dobre wilki. Tylko od ciebie zależy, którego będziesz karmić. Nie jesteśmy kryształowi. Ludzie tacy jak ja, wytyczający sobie najwyższe, ambitne cele, podążający za marzeniami, bardzo często popadają w skrajności. Ćpamy życie na maksa – pijemy na maksa, kochamy na maksa, trenujemy na maksa. Czasami obijamy się od burty do burty w poszukiwaniu swojego miejsca na łódce, ale kiedy już je znajdziemy, rozwijamy wszystkie żagle i okrążamy świat. Czasami trzeba upaść na samo dno, aby odnaleźć siebie.