Kobieta Retro

W sieci zła. Bardzo smutna opowieść nie tylko o pająkach

Kiedy zaczęłam czytać ostatnią część serii Żywioły z profilerką Saszą Załuską bardzo szybko zdałam sobie sprawę, że z jednej strony Katarzynie Bondzie zazdroszczę odwagi, a z drugiej – że trochę się o nią boję. Dlaczego? Ponieważ zdecydowała się napisać powieść, z której aż za bardzo można czytać o Polsce, w jakiej przyszło nam żyć w ostatnim półwieczu. I nie jest to niestety opowieść ani trochę optymistyczna.

Oczywiście, na początku trzeba wyraźnie zaznaczyć, że Czerwony Pająk naprawdę jest beletrystyką. Ale powiedzmy sobie szczerze: większość z Was błyskawicznie rozszyfruje, „kto jest z kim”, która postać znajdzie swój odpowiednik na Liście 500 najbogatszych Polaków albo wśród najbardziej znaczących polityków ostatnich dziesięcioleci. Bo to o nich wszystkich mowa: o tych, którzy podobno zbudowali nam wolną Polskę. Albo i nie zbudowali, bo to nie oni mieli cokolwiek do powiedzenia – taka teza przyświeca ostatniej części Żywiołów.

Czerwony Pająk budzi skrajne emocje, bardzo wiele jest głosów mocno krytykujących tę powieść. Bo za długa, zagmatwana, niekonsekwentna, przegadana, nudna. Bo „Bonda się skończyła” i „może jest królową, lecz na pewno nie kryminałów, lecz autopromocji”. A mnie się ta książka podobała. Po zmęczeniu Lampionami stwierdziłam podczas lektury, że taką Bondę znam i lubię. Znowu jest tu Sasza w całej swojej krasie, ba, nawet w kilku wcieleniach. Poznajemy jej przeszłość: w rytm piosenek Edyty Bartosiewicz oraz próbując złożyć w jedną całość porozkładane po różnych kątach i w wielu płaszczyznach czasowych kawałki puzzli. Jest ich całkiem sporo, co dla wielu czytelników pozostaje wadą książki. Mnie tym razem udało się nie pogubić, choć uczciwie przyznam, że do niektórych fragmentów musiałam powracać, by je sobie w głowie na spokojnie ułożyć. Znanych bohaterów witałam z uśmiechem (mowa o m.in.  Duchu), co do innych musiałam się przekonać. Na pewno jednak nie zmęczyła mnie ta lektura, powiem więcej: dzięki niej długie podróże po mieście skracały się wprost proporcjonalnie do zakrętów akcji w Czerwonym Pająku. A że tych nie brakowało to… cóż, dwa razy przejechałam swoją stację w metrze i kilka razy kończyłam czytać rozdział na ławce na peronie. Praca musiała chwilę poczekać.

Jak wspomniałam wcześniej, zazdroszczę Katarzynie (nie Kasi!!!) Bondzie odwagi. Bo nawet jeśli zręcznie ukrywa się pod maską autorki powieści kryminalnych, w których, jak wiadomo, fabuła nie musi znajdować odbicia w rzeczywistości, to konia z rzędem temu, kto przedstawionych przez nią na kartach książki postaci i wydarzeń nie próbuje łączyć z naszą polską rzeczywistością i historią polityczną. Ano właśnie. Nawet jeśli obce są Wam spiskowe teorie dziejów i od dziennikarzy śledczych staracie się trzymać z daleka, twierdząc, że polityka Was nie dotyczy, lecz brzydzi i mierzi, to muszę Was zmartwić. Ta znienawidzona polityka dotyka Was bardziej niż tego byście chcieli. I nie chodzi tu tylko o codzienne serwisy informacyjne, bez których przecież da się przeżyć dzień, ale o to, co zdecydowało o naszej teraźniejszości wcale nie tak wiele lat temu. Nie chcę ferować wyroków i bezwzględnie stawać po którejkolwiek stronie, ale wiem, że misternie utkana przez Katarzynę Bondę sieć powiązań w Czerwonym Pająku nie wzięła się znikąd. Zaś takich Saszy Załuskich chodzi po ulicy więcej niż nam się wydaje. Jedną z nich poznałam dwa tygodnie temu i wierzcie mi, że wcale mi z tą wiedzą dobrze nie jest.