Kobieta Retro

"Zimna wojna" serc

Napisać, że „Zimna wojna” jest bardzo dobrym filmem to nie napisać nic. I tak, jak nie byłam przekonana co do „Idy”, tak teraz z pełną odpowiedzialnością stwierdzam: najnowszy obraz Pawła Pawlikowskiego trzeba zobaczyć przynajmniej raz. Tak się robi kino, proszę państwa!

Zaczął się mundial, a ja mówię do męża, że do kina idziemy. Odważnie, prawda? Zaryzykowałam dobrymi stosunkami małżeńskimi i jak na tym wyszłam? Najlepiej, jak się dało. Mój mąż stwierdził, że to jeden z najlepszych filmów, które widział w życiu i że będzie go chciał zobaczyć ponownie. Ba! Jako osoba zajmująca się wiele lat fotografią nie mógł się nachwalić klimatu zdjęć, wysmakowanych kadrów i piękna, które wychylało w zasadzie z każdego zakamarka ekranu. Stopklatki z „Zimnej wojny” można by wywołać w dużym formacie i powiesić na ścianie. Piosenka przewodnia wpada do ucha i wyjść nie chce. A historia Zuli uwiera, męczy i prowokuje pytania: co by było, gdyby…?

Gdyby Zula miała w sobie więcej odwagi. Gdyby zwyciężyła kompleksy, zazdrość i postawiła wszystko na jedną kartę, razem z Wiktorem budując lepszą przyszłość za żelazną kurtyną. Dla mnie bowiem główną bohaterką „Zimnej wojny”, mimo niezaprzeczalnie znakomitej gry Tomasza Kota jako Wiktora, była właśnie postać Joanny Kulig. Na Wiktora-Tomasza patrzę, i to z przyjemnością, a filmową Zuzannę jem łyżkami. Nie wiem, czy to kwestia wyłącznie charyzmy Kulig, czy też fakt, że czuję z nią „pokrewieństwo dusz”: podobnie, jak Zula nie potrafię chwilami odnaleźć się z rzeczywistości i uwierzyć w siebie, nie zawsze też mam szczęście do ludzi. Zula ma talent i charyzmę, ale nie potrafi podjąć decyzji co do swojego życia. W jednej ze scen mówi do Wiktora: „czułam się gorsza”. Ma kompleksy, które maskuje pewną siebie miną i podkreśleniem niewątpliwego seksapilu. Jest zazdrosna o francuską poetkę, a sama ulega mężczyznom, od których jest w mniejszym bądź większym stopniu zależna. Wielki świat zza berlińskiego muru przerasta ją. To dlatego „Dwa serduszka, cztery oczy” w przecudnej, jazzowej aranżacji paryskiego klubu brzmią po francusku tak fałszywie.

Sam film zwycięża natomiast swą prostotą i szczerością. Mimo że tekstu w nim za wiele nie ma, bystry widz z kontekstu, lapidarnych dialogów (dobra robota, panie śp. Januszu Głowacki!) i mistrzowskiemu operowaniu kadrem (i to jakim kadrem! Łukaszu Żalu chapeau bas!) zbuduje sobie pełen ogląd sytuacji. Odejście Ireny-Agaty w proteście przeciwko zaprzężeniu kultury w służbie polityce, szukanie haków na ludzi (donosicielstwo Zuzanny i połamane palce Wiktora) oraz ogólne łamanie jednostki – to niestety znane nam aż za dobrze z historii elementy budowania potęgi Polski Ludowej. A nad tym wszystkim unosi się duch miłości, i to miłości tragicznej. I nie mam tu na myśli wyłącznie uczucia pomiędzy Zulą a Wiktorem, ale także postawy Borysa-Kaczmarskiego, który naprawdę tę prostą i utalentowaną dziewczynę pokochał.

Podsumowując, bardzo chciałabym zacytować Wam ostatnie zdanie filmu, ale nie zrobię tego. Nie odmówię Wam przyjemności ucztowania aż do końca. Końca, który dla mnie był dopiero początkiem rozważań. I właśnie w tym upatruję magii kina. „Zimna wojna” rezonuje i nie pozostawia obojętnym, zarówno w warstwie fabularnej, jak i wizualnej. To trzeba przeżyć.

 

 

Dwa serduszka cztery oczy łojojoj
Co płakały we dnie w nocy łojojoj
Czarne oczka co płaczecie, że się spotkać nie możecie
Że się spotkać nie możecie, łojojoj

 

Autor słów: Mira Zimińska-Sygietyńska – dokonała adaptacji ludowego tekstu

Autor muzyki: Tadeusz Sygietyński – dokonał opracowania muzycznego

Za: Cyfrową Biblioteką Polskiej Piosenki