Kobieta Retro

"Vogue", cekiny i buty z plastiku

Jeszcze kilkanaście lat temu, czyli jakoś w moich latach pacholęcych, mieliśmy w Polsce sześć pór roku: oprócz tych czterech znanych innym mieszkańcom globu dochodziło jeszcze przedwiośnie i babie lato. Dziś ze smutkiem konstatuję, że mamy porę słoneczną i porę ponurą. Na (nie)szczęście niereformowalni w tym względzie pozostają projektanci ubrań i handlowcy, którzy postanowili odmienić naszą smutną „porę ponurą” i pozimową egzystencję piórami, satynami i spódnicami w grochy. Czy im się uda? Co zobaczymy na rodzimych ulicach i czy będzie miał na to wpływ „polski Vogue”? Zapraszam na subiektywny przegląd trendów sezonu wiosna/lato 2018.

To właśnie spece od mody z godnym niekiedy pozazdroszczenia uporem maniaka już w lutym, w otoczeniu resztek brudnego śniegu i cherlających wszędzie ludzi, próbują nas namówić na zakup limonkowych szpilek na wysokim słupku oraz pastelowej sukienki z odkrytymi plecami i asymetryczną falbaną. Ewentualnie piętnastej pary dżinsów i dziewiątego t-shirtu, tym razem jednak nie z zabawnym hasłem, lecz z wielkim logo znanej marki. I okularów do tego, najlepiej takich w stylu lat 50., czyli, jakby nie patrzeć, Kobiety Retro.

fot. Pixabay

Podobno tej wiosny i latem mamy także chodzić w plastikowych butach i przezroczystych sukienkach, w wariacjach na temat trenczu, oczywiście w dżinsie, także w cekinach łamanych przez satynę, w sukienkach w grochy i w turbanach. Kompromisem dla kobiet nie przepadających za nadmiernym zwracaniem na siebie uwagi będzie podobno bluzka lub sukienka z asymetrycznym motywem i pleciona torebka. Koniecznie w dłoni! Tak w każdym razie głosi „Elle”. Co na to debiutujący po polsku magazyn „Vogue”? Ano, z grubsza to samo. Cekiny i błysk, nie tylko szkocka krata, dużo piór i przezroczyste akcesoria. A co zobaczymy na ulicy? Cóż, ja bym na szaleństwa nie liczyła. Zapewne pojawią się słodkie i niezwykle kobiece pastele, latem – dużo bieli, a nad grochami i tak górować będą paski, tak bardzo już teraz obecne w sieciówkach. Zamiast nowej wersji trenczu, czyli klasycznego do bólu (w domyśle: bólu głowy z nudów u fashionistek) płaszcza z paskiem w talii obstawiam dostępne już nawet w dyskontach, w koszach między lodami a pietruszką, ramoneski. Mnie osobiście ten fason kurtki odpowiada dużo bardziej niż z założenia elegancki płaszcz, ale ja jestem żoną i „plecaczkiem” motocyklisty i lubię kontrastowe połączenia skóry (także eko) z subtelną koronką, lśniącą satyną w wersji codziennej czy (nie)zwykłymi ponadczasowymi dżinsami i białą koszulą. Hmmm, rozmarzyłam się, myśląc już o kwietniu i planując w myślach krótki wypad z mężem na motocyklową randkę…

 

fot. Paweł Paciorek, 2016

Aby umilić sobie to czekanie na zmianę pór roku i zawartości szafy, sięgnęłam więc po wspomnianego już wyżej „Vogue’a”. Nareszcie bowiem, po wielu latach zapowiedzi i dyskusji, w Walentynki (i Środę Popielcową zarazem) zadebiutował w polskich kioskach najsłynniejszy magazyn modowy świata. I to zadebiutował z przytupem, który spowodowała dla wielu kontrowersyjna w formie, a dla innych po prostu nieudana okładka pierwszego numeru. Napisano o niej już bardzo dużo, szybko stała się memem, dlatego ja nie będę się tu nad nią rozwodziła. Z kronikarskiego obowiązku odnotowuję, że w liczącej ponad 350 stron gazecie około 1/3 stanowią reklamy, swoją drogą niektóre bardzo ładne. Kilka tekstów z działu kulturalnego z przyjemnością przeczytałam, na kilku sesjach zawiesiłam oko. Niestety, zupełnie nie przekonuje mnie Anja Rubik w ziemniakach i taszcząca w czarnym welonie na głowie wiadro z czerwonymi goździkami. Niemniej przyznaję, że pierwsze polskie wydanie pisma „Vogue” w pewnych kręgach na pewno jest wydarzeniem, czymś na miarę „wyczynów”  Kamila Stocha i chłopaków z drużyny skoczków narciarskich, którzy właśnie zdobyli pierwszy medal dla Polaków w całej historii igrzysk olimpijskich. Ale o tym już w kolejnym wpisie.