Kobieta Retro

Pieniny – mój mały skrawek nieba

Szafranówka, Grajcarek, Jaworki, Dunajec, Krościenko – brzmi pięknie, prawda? A teraz dodajmy do tego obrazy: zielonych szczytów Pienin i biało-szarych grani widocznych w dali Tatr oraz przyprawmy promieniami słońca figlarnie odbijających się w kroplach rzeki. A na koniec weźmy głęboki oddech, bo akurat tutaj wyjdzie nam to na zdrowie. Witajcie w stolicy Pienin!

Do Szczawnicy i Jaworek mam słabość od lat. Pewnie dlatego, że jeszcze jako mieszkanka świętokrzyskiego bywałam tam w wakacje nie raz i nie dwa. Zdobyłam najważniejsze szczyty, odwiedziłam najciekawsze turystycznie miejsca – na tyle, by kawałek Pienin został w moim sercu na zawsze. I jakkolwiek poetycko to brzmi, to bądźcie spokojni: tym razem mam dla Was garść praktycznych informacji i refleksji, okraszoną zdjęciami, które mam nadzieję zachęcą Was do wyprawy w te urocze zakątki.

Za stolicę Pienin uznawana jest malownicza uzdrowiskowa miejscowość, Szczawnica Zdrój. To tutaj możecie pooddychać świeżym górskim powietrzem i zaczerpnąć ze zdroju wód, o takich swojsko brzmiących nazwach, jak m.in. „Helena” czy „Józef”.

Można iść na przepyszne lody, np. do słynnej tradycyjnej Lodziarni Jacak (lody pyyycha, ale paniom z obsługi przydałoby się odrobina uśmiechu na ustach, życzliwości i empatii, w końcu sprzedają fenomenalne lody, a nie mięso spod lady czy inny papier toaletowy) i usiąść z nimi nad brzegiem potoku Grajcarek. Uczta dla zmysłów jak się patrzy! I ta nazwa: Grajcarek, Grajcarek, Grajcarek. Mogłabym tak bez końca :).

fot. Paweł Paciorek

Warto choć raz wjechać kolejką na Palenicę (722 m n.p.m.) – szczyt i zarazem stok narciarski (z podobno jedną z najciekawszych tras narciarskich w Polsce), górujący nad miastem. Uwaga, informacja praktyczna: dla posiadających bilety na spływ przełomem Dunajca przewidziano zniżki, nie wyrzucajcie ich od razu.

Warto, a nawet trzeba, wybrać się do pobliskich Jaworek, gdzie zaczyna się jeden z najpiękniejszych wąwozów skalnych w Polsce, rezerwat przyrody Homole. Spacer wąwozem nie zajmie Wam więcej niż godzinę, nawet z przystankami, a jeśli komuś byłoby mało wrażeń, to proponuję spakować plecak i wyruszyć w górę – na Wysoką, najwyższy szczyt Pienin (1050 m n.p.m.) albo na Durbaszkę (934 m n.p.m.) – tę, po której chyżo biegali uczestnicy Biegów w Szczawnicy.

Do zdobycia są również Sokolica (747 m n.p.m.), z jakże charakterystyczną krzywą sosną, oraz Trzy Korony. Sentyment mam zwłaszcza do Sokolicy, którą za tę sosnę lubię szalenie, a moja siostra chyba trochę mniej. Ula o mało zawału nie dostała ze strachu, gdy jako nastolatka postanowiłam zrobić dobre zdjęcie drzewu i głupiutka przeszłam przez barierkę, nad przepaścią…

fot. Piaxabay, widok z Sokolicy (autor: jarekgrafik)

Cóż, młodość ma to do siebie, że dodaje nie tylko skrzydeł, ale i brawury, zaś dziś, jako 33-letnia kobieta, żona i matka, z różnych wariactw wybieram zdecydowanie te biegowe i turystyczne, bo mam dla kogo żyć i z kim podróżować. A z losem igrać nie będę.

Będę natomiast namawiać do wyjazdów po Polsce, której przyroda i warunki geograficzne sprzyjają rozmaitym wyprawom i przygodom, także tym górskim. Gwoli uzupełnienia dodam jeszcze, że wiele zorganizowanych wycieczek w Pieniny zahacza jeszcze o ruiny zamku w Czorsztynie i znajdujące się nieopodal jezioro Czorsztyńskie (właściwie: malowniczo położony sztuczny zbiornik wodny na Dunajcu) oraz zamek w (nomen omen Dunajec) w Niedzicy.

A skoro już o Dunajcu mowa, to – last but not least, jak mawiają Anglicy – podzielę się jeszcze krótką refleksją na temat naszego uczestnictwa w spływie, którego to mieliśmy okazję doświadczać po raz pierwszy. I wiele wskazuje na to, że ostatni. Niestety, mieliśmy trochę pecha do naszego przewodnika i ekipy, z którą dane nam było pływać. Mało rozmowny, a na pewno nie nazbyt interesująco wymowny pan flisak z czerstwymi żartami-zagadkami i starsze panie, które na wszystko narzekały to niestety średni towarzysze ponad 2-godzinnej wyprawy. Bardzo możliwe, że właśnie przez to sam spływ i jego walory trochę nas rozczarowały. Owszem, widoki były ładne, ale dość monotonne. A czas dłużył się i dłużył.

fot. Piaxabay, widok z Sokolicy (autor: DzidekLasek)

W ramach rozrywki, siedząc na dziobie, w pierwszej ławce, robiłam z Igorem zdjęcia. Kilka moich nawet się udało, ale mnie i tak najbardziej oczarowała fotografia wykonana przez naszego niespełna 3,5-letniego synka. Zresztą, sami popatrzcie. Na moją prośbę zdjęcie jest czarno-białe, bo według mnie to potęguje nieco reportażowy wydźwięk ujęcia. A resztę i tak domalowuje słońce.

A to jest zdjęcie naszego synka!

Podsumowując, po raz kolejny napiszę, że Pieniny AD. 2018 opuściłam z niedosytem, ale szczęśliwa. Odwiedziłam „stare kąty”, pooddychałam górskim powietrzem, przepłynęłam się Dunajcem i… już chcę tam wracać. I wrócę, wiem to na pewno. Jak dobrze pójdzie, za rok na kolejną edycję Biegów w Szczawnicy. Tym razem ostrzymy sobie z Pawłem pazurki na Chyżą Durbaszkę. Treningi trwają, buty trialowe do mnie jadą, palec po mapie wędruje, głowa pracuje.

Bo mierzyć trzeba wysoko, prawda? Zatem w drogę! W Pieniny.

 

PS. Na dowód tego, że Pieniny złaziłam będąc młodym dziewczęciem, z czeluści albumów w domu rodzinnym wyciągnęłam stare zdjęcia. Oj, pamiętne to były wakacje! Pod wieloma względami. Złaziliśmy Pieniny aż do bąbli na stopach. Warto było.