Kobieta Retro

W drogę! Po bagaż zdarzeń

Znacie to? Ona i on, zapracowani (rozwój, kredyt, kasa!) planują urlop. „Rzucają to wszystko” i wyjeżdżają w Bieszczady lub na all inclusive na Majorkę. Chodzenie po górach albo drinki z palemką i smażing, potem uczta przy stole i zabawa do białego rana lub w wersji górskiej: na białej sali, by zbierać siły na kolejny dzień wędrówek. A potem rodzą się dzieci. I nic już nie jest takie samo, nawet w kwestii wakacji…

fot. Pixabay

Wakacji nie należy bowiem mylić z urlopem. Urlop jest bowiem wtedy, kiedy się odpoczywa, czyli bez kochanej skądinąd dziatwy. Natomiast wakacje mogą, a nawet powinny być w gronie rodzinnym, bo przecież trzeba dbać o rozwój dzieciaków, a podróże, jak wiadomo, kształcą. Ba! Rzekłabym: kształtują. Nerwy ze stali u rodziców. Po ostatnich kilku latach takich rodzinnych wyjazdów stwierdziliśmy, że po pierwsze na wakacje warto jeździć z innymi towarzyszami niedoli, czyli rodzinami z małymi dzieci, ponieważ rodzice zrozumieją i pomogą sobie wzajemnie, zaś smyki zajmą się w swoim towarzystwie, a po drugie, że potem tym rodzicom należy się kolejny tydzień płatnego urlopu w pakiecie z terapią małżeńską i indywidualną. Ze SPA oraz innym odcięciem się od świata. No dobrze, przynajmniej weekend z możliwością wyspania się i opcją zamówienia żarcia i zakupów na telefon.

Zapewne w tym miejscu odezwie się pierwszy chór głosów z hasłem: przecież chcieliście mieć dzieci! w domyśle, to się teraz męczcie. Także na wywczasach. Byle z dala ode mnie, zażywającej/zażywającego spokoju (albo wręcz przeciwnie, szalejącego głośno i bez namysłu) z dala od dziecięcych bitew o łopatkę do piasku i pertraktacji, co dziś na obiadek.

Za chwilę do głosu dojdzie pewnie kolejna grupa: dzieciom żałujesz wakacji? A o czym będzie w przedszkolu/szkole opowiadać?! I trzeci: dzieci są najważniejsze! Atrakcje im się należą. Hotel – tylko z basenem, wodnym i takim z kulkami; restauracja – tylko z kącikiem zabaw i menu z rosołkiem bez maggi i natki pietruszki; przewijak w toalecie stacji benzynowej i może frytki do tego, bo jak nie, to was obsmarujemy, dosłownie i w przenośni.

Zatem moi drodzy… my to wszystko wiemy, ale mamy w głębokim poważaniu. Jeździmy z dziećmi, na razie nie za dużo, ale jeździmy – bo im choć trochę ten przedziwny kraj nad Wisłą chcemy pokazać oraz nauczyć czerpania z jego kultury i innych dóbr. Jeśli okoliczności są sprzyjające, przedszkolaki zostają w domu, byśmy i my mogli złapać oddech. Jeśli nie – tarabanimy się wszyscy gdzieś w Polskę tym naszym przyciasnym autem bez tabletu na pokładzie, za to z rozrywką w postaci zdartej płyty Oli pt. „daleko jeszcze” w 17 różnych wariantach i stylach nie tylko muzycznych.

Zapinamy pasy i… w drogę! Nie omieszkam dzielić się tu z Wami naszymi globtroterskimi refleksjami, patentami na spokojną (ekhm) podróż, turystycznymi olśnieniami czy szczegółami dotyczącymi wyjazdów z dziećmi (zakwaterowanie, udogodnienia lub utrudnienia, atrakcje i przygody).

2018 rok w naszych planach to przede wszystkim turystyka sportowa, głównie z powodu moich półmaratońskich startów, ale jeśli tylko zdrowie, pogoda i stan konta pozwolą, chcemy również wyrwać się gdzieś „bez powodu”. Zapraszamy z nami! Choćby i do Zasiedmiogórogrodu ;-)